Segreguję śmieci, zakręcam kurek z wodą myjąc zęby, sadzę kwiaty przyjazne pszczołom, moje niejedzenie mięsa cztery lata temu uzyskało pełnoletność, a mimo wszystko przychodzą chwile, kiedy rozumiem ludzi walczących z ekologią. Bo jak w każdej wierze, tak i tutaj skrajne postawy wywołują jedynie wściekłość.

– Bobry podcięły wielkie drzewo tuż za ogrodzeniem mojego domu i potrzebuję pomocy – wygłaszam tę formułkę piąty raz w ciągu ostatniej godziny. Nie, nie chcę, by ktoś odstrzelił bobry. Tak, cieszę się, że mam przy domu staw z tak czystą wodą, iż te chronione zwierzęta w niej zamieszkały. I nie, nie chcę odszkodowania za szkody, za to potrzebuję pomocy, by do szkód – czyli połamanego ogrodzenia i zniszczonego domu, nie doszło. – Musi pani określić, kto jest właścicielem drzewa, napisać podanie, dołączyć zdjęcie, być może potrzebne będą oględziny – wyjaśnia mi kolejna osoba z pobliskiego urzędu, od której próbuje uzyskać jakąkolwiek pomoc. Inna kończy rozmowę jeszcze szybciej. – Skoro to bobry, to nic nie poradzę, już raz za bobry niemal nie poleciałem z fotela – dodaje po chwili i przypomina, że jeśli wytnę zagrażające mi drzewo na własną rękę, to dostanę mandat. Czyli kiedy praworządny obywatel wyciąga rękę po pomoc, to co najwyżej dostanie po łapach.

Wierzę w ekologię. W fakt, że Ziemia jest tylko jedna i musimy ją szanować. Chcę, by moja córka mogła przez całe życie jeść bezkarnie poziomki prosto z krzaka i jeździć na rowerze nie zakładając maseczki przeciw zanieczyszczeniom. Wystarczy, że dzięki erze industrializacji prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie na słońce nie używając przed wyjściem kremu z filtrem. Przenoszę przez jezdnię zagubione żaby i jeże, hoduję własną sałatę i nigdy nie zdarzyło mi się wyrzucić przez samochodowe okno nawet ogryzka. Ale przychodzą chwile, kiedy wiara mnie opuszcza.

Bo jak wyjaśnić fakt, że kilkaset metrów przed szczytem góry, cztery kilometry stromą ścieżką od ostatniego sklepu, znajduję pięć pustych puszek po piwie? Czyli ktoś mógł to piwo wnieść – jakieś 2,5 kg – na własnych plecach, iść z pełnymi puszkami pod górę, ale nie był w stanie znieść tych samych, choć już pustych i ważących może z 300 gram puszek na dół, do najbliższego śmietnika? Albo co powiedzieć o człowieku, który jedzie nowym BMW za 350 tysięcy złotych drogą prowadzącą przez park krajobrazowy i jakby nigdy nic wyrzuca przez okno swojego samochodu opakowania z popularnego fastfoodu? Zabrakło mu miejsca w tej wielkiej furze na tę jedną torbę? Lub o sąsiedzie, który chcąc się tanio pozbyć starego eternitu, wrzucił go do potoku przepływającego przez pełne pszenicy pola? Moja logika na tym wysiada.

– I have a dream – powiedział wiele lat temu Martin Luther King. Ja też mam marzenie. Marzenie o świecie racjonalnym. Takim, w którym nikomu nie przychodzi do głowy wyrzucanie torby zużytych pieluch do lasu, a pustych butelek do stawu, bo jest to zwyczajnie nieracjonalne. W końcu plastik to pieniądze, a brudne pieluchy powinny wylądować w koszu. Świecie, w którym rozumiemy, że to pole za domem, ten strumyk, las czy park to nie pas ziemi niczyjej, ale miejsce wspólne, czyli również nasze. Marzę o świecie, w którym wchodząc do restauracji zobaczę w menu przynajmniej kilka dań bezmięsnych, zamiast usłyszeć: możemy pani ugotować kaszę. I wreszcie o takim, w którym zgłosiwszy odpowiednim służbom, że mam problem z chronionymi zwierzętami, usłyszę: jak możemy pani pomóc, by ani zwierzętom, ani pani własności nie stała się żadna krzywda? Bo stawiając sprawę w ten sposób, czyli tworząc jedynie zakazy, bez równoczesnego tworzenia płaszczyzny pomocy i porozumienia, można co najwyżej wzbudzić ludzką złość, a nie potrzebę współpracy i ochrony. To przez to zawsze znajdą się ludzie, którzy będą woleli spalić stare opony w piecu, niż je zutylizować i tacy, którzy zakopią azbestowe odpady na działce zamiast dowiedzieć się, jak powinny być składowane. Bo stare przysłowie mówi, że bat najlepiej działa z marchewką. A w tym przypadku ktoś o tej marchewce zapomniał.

 Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka