- REKLAMA -

Skoro zaczęły się wakacje i przez najbliższe dwa miesiące dzieci będą liczyły: dziewięć, dziesięć, walet, dama, król…, 

… porozmawiajmy chwilę o nauce.

– Wiesz mamo, teraz w przedszkolu to się już tylko bawimy, dosyć tej nauki – oznajmiło moje pięcioletnie dziecko i wepchnęło na półkę z książkami przyniesione z przedszkola zeszyty ćwiczeń, a plecak schowało na sam spód szuflady. Najwyraźniej zaczęła się letnia laba. Czas, kiedy włosy i dzieci rosną za szybko.

Spoglądałam sobie na tę moją latorośl znad książki i uświadamiałam sobie, jak wielką pracę wykonała w ciągu ostatnich lat. W końcu nauczyła się chodzić, jeździć na rowerze, pływać; potrafi włączyć sobie bajki z netflixa, zadzwonić do braci, żeby się poskarżyć na rodziców, a ostatnio nawet nauczyła się robić sobie tosty, dzięki czemu w sobotnie poranki mogę pospać pół godziny dłużej. Ale przede wszystkim nauczyła się mówić. A to moi drodzy nie lada wyczyn.

Dziecko ludzkie wypowiada swoje pierwsze prawdziwe słowa, gdy ma około półtora roku. Pół roku później zna średnio 50 słów, a gdy kończy trzy lata około tysiąca. Zaczyna łączyć je w kilkuwyrazowe zdania, coraz bieglej posługuje się gramatyką, by w wieku sześciu lat rozumieć około 13 tysięcy, a w wieku 18 lat rozróżniać znaczenie około 60 tysięcy słów. Oznacza to, że od chwili narodzin dziecko uczy się średnio 10 słów dziennie. A jakie jest w tym kreatywne!

W niemal każdej rodzinie na stałe weszły do użycia słowa wymyślone przez najmłodsze pokolenie. Sama używam przynajmniej kilkunastu zwrotów ukutych przez moich siostrzeńców, z nieśmiertelnym: „ja fię” na czele. Ja fię, znaczy naturalnie: ja śpię, to tak na wypadek, gdyby ktoś potrzeby fania nie rozumiał. Było też przekleństwo kuzynki brzmiące: „niech cię chudi bik”, ale to moja własna latorośl doprowadziła eksperymenty gramatyczno-lingwistyczne do poziomu nieznanego w naszych rodzinach. Jej opiekunka dostała kiedyś niemal ataku paniki nie mogąc zrozumieć, czego chce dziecko mówiąc z pełnym przekonaniem: daj zioną pititę i pititora. Ponoć powtarzała to tak długo, aż dostała do ręki połowę zawartości lodówki. Tłumaczę: ziona pitita to po prostu zielona papryka a pititor, jeśli nie domyśliliście się państwo jeszcze, to naturalnie pomidor. Jednak to wszystko było niczym wobec łaławawu…

Słowo „łaławaw” pojawiło się w naszym życiu kilka lat temu i wywołało niemałą konsternację. Dziecko powtarzało je często i z uporem, a my, mimo najlepszych chęci, nie mieliśmy pojęcia co może oznaczać. Aż któregoś razu przejeżdżaliśmy samochodem obok pobliskiego przedszkola, a nasze dziecko pokazało coś palcem przez szybę i powiedziało: łaławaw. To było prawdziwe objawienie! Plac zabaw, cały czas chodziło o plac zabaw! Nie muszę chyba dodawać, że łaławaw został z nami do dziś…

Zostaną pewnie też słowa: dziadziejesz i drutujesz, oba – co chyba oczywiste – odnoszące się do przyziemnej czynności dziergania na drutach. Dziadziejesz lub jego poboczna forma dziadzinujesz, to próba utworzenia oryginalnego czasownika od słowa dzianina, a drutujesz to po prostu robisz na drutach. Kiedy to usłyszałam przypomniałam sobie chwilę, gdy nie mając jeszcze własnego potomstwa czytałam znakomitą książkę Michała Rusinka „Jak robić przekręty, poradnik dla dzieci”. Wówczas stykając się z takimi wyrażeniami ukutymi przez najmłodszych, jak: Jezus Chytrus, Z marchwi wstał (zmartwychwstał)oraz co nam owca przemoc wzięła (zwierzęcy fragment hymnu Polski), byłam przekonana, że to jednak nie dziecięca inwencja lecz wyjątkowy dar językowy samego autora. Po czasie muszę powiedzieć, że żaden dar językowy nie jest tak wybujały jak ten dany małym dzieciom. I wiecie co – pchała na wysokości im za to!


Autorka: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka