Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Duże dzieci i mali dorośli

Wiecie dlaczego Dzień Dziecka przypada po Dniu Matki? By mamy mogły solidnie odwdzięczyć się swoim większym i mniejszym pociechom za bukiety kwiatków, laurki, czekoladki i poranną kawę podaną do łóżka. W końcu każda już tylko na to czeka.

Od jakiegoś miesiąca dostaję codziennie oferty na Dzień Dziecka z przeróżnych sklepów – odzieżowych, z zabawkami, z księgarni, z wielkich marketów z elektroniką, małych sklepów spożywczych, a nawet z drogerii. Każdy jeden wychwala swoje artykuły, jako jedyne, które bez wątpienia uradują spragnioną nowości dziecinę, dając jej wyjątkowe szczęście i poczucie radości z bycia dzieckiem. Dodam – twoim dzieckiem. Przyglądając się temu, co próbują mi wcisnąć, wyszło mi na to, że moje dziecko poczuje się kochane wówczas, gdy założy nową sukieneczkę pewnej znanej marki, wetrze w siebie wszystkie produkty 10-częściowego zestawu kosmetyków dla dzieci powyżej lat 5-ciu, zatopi się w olbrzymiej książce z ładnymi rysunkami, podrygując jednocześnie w rytm muzyki z nowego odtwarzacza. W tym samym czasie mały kontener jej nowych zabawek będzie testował komplet 10-ciu gier dodawanych gratis do nowego X-Boxa za jedyne 2/3 średniej krajowej. Myśląc o tym wszystkim wyjątkowo cieszę się z faktu, że dla mojej latorośli nowy  model iPhona i skarpetkowy wąż mają tę samą wartość, a być może skarpetka plasuje się nawet nieco wyżej w zabawkowej hierarchii.

Choć tak naprawdę, to nie oszukujmy się – kto z nas nie lubi zabawek? Jestem przekonana, że oboje z mężem byliśmy bardziej zadowoleni z pierwszego zestawu Lego naszego dziecka, niż ono samo. Większość moich znajomych, nie zmuszanych przez nikogo, gra ze swymi nastolatkami w gry komputerowe, skacze na trampolinie z młodszymi, a pewien mój kolega nieustannie próbuje przekonać swojego syna, że metrowej wielkości Gwiazda Śmierci jest bez wątpienia jego największym marzeniem, które on bez wahania spełni.

Wszyscy jesteśmy dziećmi. Mamy wręcz epidemię dziecinności, a niedojrzałość częściej bywa powodem do chluby, niż wewnętrznego rachunku sumienia. Ostatnie półwiecze rozwoju psychologii dało ludziom zielone światło infantylizacji, moda na wieczną młodość sprawiła, że obawiając się dojrzałości okopujemy się w tym dziecinnym raju – w którym nie ma odpowiedzialności, obowiązków i konsekwencji. I chociaż różni spece od naszej psychiki zachęcali, by odnaleźć w sobie wewnętrzne dziecko, to ja mam częściej wrażenie, że odnalazła się przede wszystkim masa bachorów, nie dzieci. A ten bachor nic tylko wrzeszczy: ja, ja i ja! Bo w świecie bachora nie ma nic, poza nim samym.

Ale są też inne wewnętrzne dzieci, które najczęściej można zobaczyć w ludziach, którzy nie załapali się na ostatnią psychologiczną rewolucję – w starszych paniach śmiejących się w zapamiętaniu gdzieś na ławce w parku, w nobliwym wykładowcy, który z chochlikiem w oczach przerywa poważną dyskusję, by wtrącić żart, w koledze z pracy, który w szufladzie biurka trzyma małego misia towarzyszącemu mu od przedszkola i w lekarce, która gdy nikt nie patrzy, robi śmieszne miny do swoich małych pacjentów. Pamiętam, że kiedy moja babcia opowiadała o czasach swojego dzieciństwa, to zawsze zmieniała się w małą dziewczynkę, a wypowiadając słowo „mamusiu” wciąż była córeczką swojej mamy. Nie liczyły się zmarszczki, siwe włosy, zastałe stawy i fakt, że sama od dawna była już matką, a nawet babcią. W tej jednej relacji nie umiała przestać być dzieckiem.

Odkąd z roli dziecka weszłam w rolę matki, nieustannie mierzę się z własnym życiem. Przyglądam się córce i dostrzegam to, czego mi brakuje z dziecka. Nie mam już w sobie tego niezwykłego uporu w uczeniu się, w regularnym, pracowitym powtarzaniu tych samych czynności, dźwięków, słów, gestów. Tej woli niekończącego się treningu, udoskonalania się. Tej naturalności przyjmowania wszystkiego nowego i chociaż to banalne – zachwytu światem. Bo czy podglądanie życia kolonii mrówek nie jest ciekawe? Patrzenie w skupieniu na całkiem odrębny świat, jaki tworzą tuż przy nas? Zachwycanie się pąkami kwiatów i tym, jak powolnie zmieniają się w owoce? Rośniemy, dojrzewamy i zapominamy, ile niezwykłości jest wokół nas, jak naturalnie można okazywać radość, miłość, smutek i każdą jedną emocję, która pozbawiona bariery lat ma w sobie prawdziwą gęstość.

Dzieci uczą radości. Pozwalają bezkarnie wrócić do czasów własnego dzieciństwa i ponownie zetknąć z tym sobą, o którym już zdążyliśmy zapomnieć. Znowu można rzucać poduszkami, tańczyć w piżamie, robić improwizowane dyskoteki przed obiadem, bazgrać kredą po chodniku przed domem i pić kakao do śniadania. Przyglądając się rodzicom na placach zabaw, naprawdę czasami nie jestem w stanie powiedzieć, czy to syn lepiej się bawi jeżdżąc gokartem, czy mama; czy to dzieci tak bardzo chciały pójść do aquaparku, czy tata? A to tylko nasze wewnętrzne dziecko dorwało się do zabawek, których kiedyś mieć nie mogło.

Lubię Dzień Dziecka. Z niecierpliwością czekam na wizytę w ZOO i duży deser w ulubionej kawiarni. I myślę sobie, że jest to jedyne prawdziwe święto nas wszystkich, niezależnie od wieku, płci, narodowości, wyznania, poglądów politycznych czy preferencji kulinarnych. Bo kompletnie wszystko nas może dzielić, ale akurat dzieckiem był każdy.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka