„Dokładnie 64 – tyle razy napisałaś mi w tym roku, że jesteś zmęczona, a jest dopiero 16 lutego” – przeczytałam w wiadomości od przyjaciółki i dotarło do mnie, że nawet nie mam siły zastanowić się nad tym, czy to prawda, bo padam z nóg…

- REKLAMA -

Dan, 54-letni mieszkaniec Wielkiej Brytanii, zmarł, bo nie miał kiedy pójść do lekarza. Mężczyzna chory na cukrzycę nie mógł wykonać badań medycznych, ponieważ przy jego formie zatrudnienia każda nieobecność karana była 150-cio funtową grzywną. Więc nie chodził do lekarza. Zmarł przez system, który jak w pierwszych latach kapitalizmu, wyzyskuje człowieka do cna, a na końcu zostawia samemu sobie. W końcu nikt mu nie zabronił odbyć wizyty lekarskiej. Wystarczyło, że zapłaciłby karę za nieobecność w pracy, następnie zapłaciłby za wizytę lekarską, badania i leki. Tylko kto na to wszystko zapracuje?

Za to w Polsce pracownicy handlu dostali wolne niedziele. I dobrze, czemu nie, każdemu się wolne należy. Tylko w soboty będą pracowali do północy, a w poniedziałki zaczną pracę już kwadrans po godzinie zero, bo czas pracy musi się zgadzać. Myślę, że ustawowe wolne powinni też dostać lekarze, którzy regularnie umierają na dyżurach. W ich przypadku sugerowałabym nawet coś w rodzaju tachometru: pracowałeś 10 godzin? To teraz musisz niepracować przez 20 kolejnych. Sugerowałabym to nie tylko ze względu na ich zdrowie i życie, ale ze względu na nasze. Bo w końcu to oni operują nas w nagłych przypadkach, przepisują nam leki i wykonują setki zabiegów, z których każdy ma prawo potoczyć się źle.

Chciałabym jeszcze tachometr dla siebie. Bo pracuję w wolnym zawodzie, czyli w takim, w którym umowy o pracę to rzadkość, więc trzeba pracować, gdy jest zlecenie, bo inaczej może już się długo nie przydarzyć. Więc kiedy dzwonią z gazety, z portalu czy z innego miejsca, w którym wciąż lubią ludzi z lekkim piórem, to nie ważne, że grypa niedoleczona, że dziecko chore,  lodówka pusta, a samochód od dwóch tygodni przypomina o zaległym przeglądzie, bierzesz zlecenie, pracujesz po nocach i w weekendy i nie zastanawiasz się, co dalej. Bo rachunki trzeba zapłacić i już. Więc pijesz kolejną kawę i cieszysz się, że znowu dzwonią z tego miejsca, w którym lubią ludzi z lekkim piórem i tylko czasami zastanawiasz się, czy nie mogliby lubić ich tak, by dać im choć podstawową umowę, która gwarantowałaby płatny urlop i chorobowe?

– Ty to masz szczęście, pracujesz kiedy chcesz, nic ci niczego nie każe, do niczego nie zmusza – powiedziała mi niedawno znajoma, którą spotkałam  „na papierosku” przed wielkim biurowcem, w którym pracuje. Pokiwałam głową, uśmiechnęłam się, bo właśnie nie będąc do niczego zmuszoną, biegłam na wywiad, który umówiłam cudem, a oddać musiałam spisany i po autoryzacji już następnego dnia. Więc niczego sobie nie każąc, nie prześpię nocy, by wyrobić się z terminem.


Autorka: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka