Od książek, przez film, wystawy, galerie – Beksiński to ostatnio jedno z najgorętszych nazwisk w Polsce, nie wiem, czy nie bardziej niż w czasach świetności zarówno malarza, jak i radiowca. Szkoda tylko, że za tym zainteresowaniem nie idzie prawdziwa wiedza, rzetelny przekaz, a jedynie chwytliwe wydmuszki – pisze Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka.

Niedawno miałam okazję odwiedzić nową, drugą po sanockiej, stałą galerię prac Zdzisława Beksińskiego. Otwarcie krakowskiej galerii było zapowiadane od ponad roku i wzbudziło wielkie zainteresowanie. Tak duże, że nawet w środku tygodnia liczba chętnych do obejrzenia ekspozycji przewyższała możliwości udostępnionej przestrzeni. Chciałoby się odtrąbić sukces! Wielki polski malarz uwielbiany w mieście Matejki, Wyspiańskiego i Dunikowskiego! A jednak po wyjściu z galerii ogarnia jakiś smutek, przygnębienie, bo nie dość, że całość zdaje się mieć całkowicie przypadkową kolejność, w której wczesne rysunki łączą się w jednej linii z pracami z ostatnich lat życia, fotografie są zestawione grafikami, a wszystko bez jakichkolwiek opisów, informacji, wytłumaczenia i zdaje się, że również bez konkretnego pomysłu. Naturalnie niechęć Beksińskiego do nadawania tytułów swoim pracom jest powszechnie znana, ale to nie jest jeszcze powód, by pozostawić widzów całkowicie samych sobie. Samych z pewną historią, wizją i nazwiskiem, które jednocześnie przeraża i fascynuje, ale przede wszystkim jest wyjątkowym wabikiem. Bo to przecież zamordowany ojciec syna – samobójcy.

Odnoszę wrażenie, że tym samym wabikiem posłużyli się twórcy filmu „Ostatnia rodzina”. Kiedyś mawiało się w redakcjach, że nic tak nie ożywia gazety, jak trup i myślę, że panowie Bolesto i Matuszewski nieźle znają to przysłowie. Mamy więc długo oczekiwany film, ze świetnymi zresztą kreacjami aktorskimi Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej, film, który obrósł legendą jeszcze zanim trafił do kin. I film, na którym wyjątkowo się zawiodłam. Pokazujący pusty, płaski obraz przypadkowych zdawałoby się ludzi, którzy z nieznanej nikomu przyczyny mieszkają pod jednym dachem i w dodatku mają syna. Syna wyjątkowo inteligentnego, wrażliwego, prawdziwego pasjonata, który jednak nie daje sobie rady z koniecznością życia. I syna, który w filmie został przedstawiony jako skończony idiota z problemem przedwczesnego wytrysku. W pewnym opisie spotkałam się nawet z wyrażeniem, że był człowiekiem, który „marzył o śmierci”. Rozpieszczonym synkiem zdobywającego popularność i pieniądze ojca. Jego wkład w rodzimą kulturę został praktycznie pominięty. Ani słowa o jego pracy nad popularyzacją komedii Latającego Cyrku Monty Pythona, ani o  znakomitych, klasycznych już tłumaczeniach wielkich kinowych przebojów czy nawet o jego prawdziwie wciągających opowieściach muzycznych, na których wychowało się całe pokolenie. Nie. Tomek jest idiotą – tyranem demolującym kuchnię, bo mama śmiała sprzątnąć jego mieszkanie.

Zresztą sztuka i rozwój kariery ojca też zostają pominięte, potraktowane jako coś zbędnego w całej narracji. Nie wiadomo skąd biorą się nowe, kosztowne sprzęty elektroniczne w domu, a muzyka, która była nieodłączną częścią życia artysty oraz więzią łączącą go z synem, została potraktowana zdawkowo. Nie ma też żmudnej pracy Beksińskiego nad poprawą warsztatu, by móc uzyskać wizję, na jakiej mu zależało. Nawet jego głęboka i bardzo ciepła relacja z żoną jest przedstawiona jako całkowicie pusta, zakrawająca jedynie na tę pomiędzy usługodawcą  a biorcą.

 
Jedynie wydana kilka lat temu książka „Portret podwójny” Magdaleny Grzebałtowskiej pokazuje zarówno złożoność rodzinnych relacji Beksińskich, partnerstwo z jakim wychowywali Tomka, głęboką potrzebę tworzenia Zdzisława, radość z możliwości zapewnienia rodzinie bytu finansowego, którego utrzymania często wymagało od niego nielubianych kompromisów, jak i ich lęk o syna, pewną niemożliwość nawiązania rodzicielskiej więzi między malarzem a synem. Dopiero tam można dostrzec cały wachlarz zależności, potrzeb i emocji, jakie cechowały tę rodzinę, która, jakby na to nie patrzeć – wydała przynajmniej dwóch wyjątkowych w polskiej kulturze twórców.
 
Zdzisław Beksiński nie miał szczęścia do portretów. Film „Fotoplastykon” Piotra Andrejewa go zniesmaczył, książki jego marszanda Piotra Dmochowskiego doprowadziły do zerwania z nim więzi. Wydawałoby się, że po tylu latach powinien doczekać się wreszcie czegoś, co jak jego obrazy, prezentowałoby więcej niż tylko powierzchnię. Zamiast tego stał się maszynką do robienia pieniędzy, wabikiem przyciągającym tłumy szepczące o rodzinnej klątwie. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś stworzy jemu i jego rodzinie prawdziwy, zachwycający i różnorodny portret, zamiast sprzedawać wydmuszki z napisem „tragedia”.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka