Wakacyjne podróżowanie stało się odhaczaniem punktów na długiej liście: wizyta na plaży, zwiedzanie kościółka, pół dnia w zabytkowym mieście i jeszcze jeden obiad z regionalnym jedzeniem w roli głównej. A wszystko sfotografowane, opisane i szczegółowo opowiedziane we wszelkich dostępnych serwisach społecznościowych.

Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii – tytuł tej starej angielskiej komedii przypomina mi się za każdym razem, gdy rozpoczyna się sezon urlopowy, a moi bliżsi i dalsi znajomi ze wszystkich stron świata wybywają na coroczne wakacje. Tak się złożyło, że w tym roku kilkoro bliskich mi ludzi  z różnych, również odległych części globu, postanowiło spędzić wakacje we Włoszech lub wręcz na wycieczce po Europie. I zaczęło się nieuniknione, czyli setki zdjęć opisujących niemal każdy, najdrobniejszy szczegół ich podróży. W dodatku podróży zaplanowanej tak, by nie było w niej nawet chwili na nudę, nawet jednej wolnej minuty. I tak pewna znajoma para rano wysyła mi zdjęcie z Wenecji, wieczorem już z Bolonii, by kolejnego dnia prezentować się prężnie z filiżanką espresso w dłoni w jednej z rzymskich kawiarenek. Zaliczają główne atrakcje Florencji, od Ponte Vecchio, przez florenckie duomo po jedną z najbogatszych i najniezwyklejszych galerii świata, czyli Uffizi, a wszystko w iście ekspresowym tempie i nieustannie opieczętowując każdy punkt na swojej liście odpowiednią liczbą zdjęć. Odpowiednią czytaj: możliwie jak największą. Wszystko, by mieć jak najwięcej zaświadczeń odbycia wakacyjnej podróży, bo zdaje się, że bez tych zaświadczeń mogliby nie zauważyć, że gdziekolwiek byli.

Ich urlop w pięknej Italii to i tak niewiele w porównaniu do tego, co właśnie robi pewien znajomy Amerykanin, który zdecydował się zwiedzić Europę w trzy tygodnie. Całą Europę. Naprawdę.

Jego podróż obejmuje Londyn, Oxford, Stonehenge, Brukselę, Antwerpię, Paryż, Niceę, Monako, pół Włoch, Wiedeń, Berlin, Pragę, Kraków i Gdańsk, by z niego udać się promem do Szwecji i po przebiegnięciu z aparatem Sztokholmu wrócić do rodzinnego Teksasu. Każdemu miastu została przyporządkowana odpowiednia jego zdaniem ilość czasu, a cała akcja pod tytułem „zwiedzanie Europy” zaplanowana jak na byłego komandosa przystało, czyli precyzyjnie i w dwóch wersjach. Naprawdę.

Na moje pytanie, czy nie sądzi, że zwiedzanie w takim tempie nie przyniesie mu wiele korzyści, bo tak naprawdę większość tych pięknych miast mignie mu jedynie przed oczami, odpowiedział: – Nie mam czasu na roztkliwianie się nad każdą zabytkową cegłą, dziś trzeba być zorganizowanym, ułożonym i mieć konkretny plan, bo życie jest za krótkie na marnowanie czasu.

– Za krótkie na marnowanie czasu – przeczytałam te słowa siedząc w małej kafejce gdzieś u podnóża Alp Apuańskich. Siedząc w niej po raz trzeci tego samego dnia i najwyraźniej marnując czas. Włócząc się każdego dnia po okolicznych miasteczkach, zajadając smażonymi kwiatami cukinii, które popijałam średniej jakości toskańskim winem. Niespiesznie odkrywając nowe miejsca i leniwie powracając do tych, które już pojawiły się w moim życiorysie. Trafiając na rzeźby Mitoraja ustawione na niewielkich placykach, z niedowierzaniem przyglądając się obrazom Vasariego, które przypadkowo odkryłam w małym miejskim muzeum, czy – zabłądziwszy – trafiając na plenerową wystawę prac pewnego wyjątkowego współczesnego artysty, który próbuje  wyrzeźbić światło. Wieczorem idąc na karafkę wina do jednej z maleńkich trattorii, a czasami po prostu siadając na schodach zabytkowego kościoła, by wraz z innymi mieszkańcami miasta palić papierosy i ekscytować się rozgrywkami trwającego Euro.

I tak sobie myślę, że chociaż nie przywiozłam do domu setek zdjęć ze słynnymi zabytkami w tle, nie przeżyłam uderzeniowej dawki wakacyjnych atrakcji, nie zrobiłam niemal nic z repertuaru współczesnego turysty, to przynajmniej miałam czas pobyć w miejscu, w jednym miejscu. Poczuć je, posmakować, nacieszyć się nim. Tego też wam życzę – przeżyjcie swój urlop, a nie zaliczcie go.

A powiadomienia w telefonie po prostu wyłączę, tak do połowy września.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka