Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Katastrofa bez emocji

– Co robiłaś, kiedy spadł samolot z prezydentem – zapytał kolega po fachu kilka tygodni po tym wydarzeniu. Siedzieliśmy w miłej knajpce, wygrzewając się w pierwszych promieniach wiosennego słońca i nikomu nie chciało się myśleć o szczątkach Tupolewa, szpalerze trumien i codziennej dawce smoleńskich informacji, a mimo to rozmowa sama skręcała w te rejony.

Kiedy Tu-154M wbijał się w ziemię nieopodal lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, spałam. Leżałam na niewygodnej, rozkładanej sofie ustawionej w salonie remontowanego domu i spałam mocnym, głębokim snem. Obudził mnie dzwonek służbowego telefonu.

– Co robisz z gazetą – ze słuchawki padło pytanie.

– Jak to, co robię? Nic nie robię – odpowiedziałam i wciąż w sennym zamroczeniu przypominałam sobie, czy wczorajszego wieczora zesłałam wszystkie strony do drukarni, czy żadna reklama, zdjęcie lub podpis pod nim nie wysypały się w druku. W pamięci przeglądałam szpalty, sprawdzałam poprawność nagłówków – szukałam w myślach jakiegokolwiek powodu, dla którego w sobotę rano, zaledwie kilkanaście godzin po zamknięciu wydania gazety, mam coś z nią robić.

– Niczego nie zmieniasz – pytał ze zdziwieniem głos ze słuchawki, który po chwili udało mi się przypisać do odpowiedniego redaktora.

– Po co, przeszło przez korektę, graficy skończyli, poza tym jest dawno po deadline’ie.

– Ale przecież spadł prezydencki samolot – zagrzmiał głos w słuchawce.

Włączyłam telewizor, kanał informacyjny. Zamarłam przysiadłszy na skraju sofy.

– Oddzwonię – powiedziałam do słuchawki i rozłączyłam się.

Dziesięć lat temu, kiedy umierał Jan Paweł II, siedziałam w autobusie. A może w tramwaju. Jechałam do domu po 10-godzinnym dyżurze dziennikarskim, jaki tego dnia pełniłam przy jednym z wielkich kościołów, wokół którego od kilku dni gromadzili się wierni, świadomi faktu, że papież odchodzi. Był ciepły, wiosenny wieczór. Po drodze myślałam o artykule, który będę musiała napisać kolejnego dnia, o młodej parze biorącej ślub mimo setek płaczących wokół ludzi, o młodym chłopaku, który piękną angielszczyzną rozmawiał z brytyjską dziennikarką telewizyjną i chociaż wyciągnęła go z tłumu, to zachowywał się tak, jakby urodził się specjalnie dla kamery. Wracałam do domu powolnym, zmęczonym krokiem.

– Już wiesz? – przywitał mnie w drzwiach mąż. – Mówią, że zmarł piętnaście minut temu.

Kiedy prawie 14 lat temu pasażerski Boeing 767 wbił się w północną wieżę World Trade Center, właśnie zdawałam egzamin na wydziale dziennikarstwa. Pamiętam tylko, że mówiłam coś o lokalności mediów, zmianie, jaką przyniesie rozwój Internetu. Prawdę powiedziawszy to niewiele z tego jestem w stanie przywołać, poza zmęczoną miną wykładowcy, znudzonego całodziennym przepytywaniem.  Po egzaminie wsiadłam na rower. Nie spieszyłam się nigdzie. Wracając nie widziałam niczego nadzwyczajnego – samochody jeździły, kwiaciarki na placu rozmawiały zawzięcie gestykulując, ciepłe wrześniowe słońce odbijało się w sklepowych witrynach. Kupiłam mały słonecznik i wydłubywałam pestki siedząc na przydrożnej ławce. Znużona weszłam do domu i zastałam domowników wpatrzonych w ekran telewizora, na którym raz po raz pokazywano samolot uderzający w wieżowiec i ten sam wieżowiec zapadający się, jak budowla z klocków. Małe plamki wypadające z okien i znikające gdzieś w pyle asfaltu. – Jak łupiny pestek porwane przez wiatr – przyszło mi do głowy.

Spędziłam dwa dni przylepiona do telewizora. Patrzyłam na dziennikarzy relacjonujących godzina po godzinie zaszłe wydarzenia. Tłumaczących plan zamachowców, rozmawiających z ekspertami, świadkami, spokojnym głosem czytających wydłużające się listy zabitych. I nie sądziłam, że kilka lat później moją pierwszą reakcją na śmierć papieża będzie myśl: cholera, zmarnowałam dziesięć godzin pod tym kościołem. Bo główna część tekstu przypadnie koledze, który zmienił mnie na dyżurze. Nie wpadłam na to, że zanim dam sobie chwilę na zrozumienie, że w jednej chwili nieopodal smoleńskiego lotniska zginęła połowa rodzimej elity politycznej, będę myślała o zrzucaniu reklam, konieczności zamówienia czarno-białej winiety i przeszukania archiwów fotograficznych, by znaleźć zdjęcia wszystkich osób, których życie tego dnia się zakończyło. I tylko gdzieś w tych krótkich chwilach, gdy pisałam kilkuzdaniowe notki o życiu każdego z nich, gdy zmieniałam kolorowe zdjęcia na te żałobne, czarno-białe, czułam w żołądku to całe przerażenie, które uciszałam kolejnym papierosem. Bo jeśli chcesz być dziennikarzem, to emocje musisz dawać, a nie przeżywać.

 Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka