Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: List

Otrzymałam list. Nie wyciąg z banku, nie rachunek, reklamę pizzerii, sklepu obuwniczego czy informację o zbiórce używanej odzieży. List. Zapakowany w białą kopertę, podpisany równym, przejrzystym pismem i z własnoręcznie naklejonym znaczkiem. Zanim go otworzyłam, przyglądałam mu się dobrych kilka minut. Z czymś tak intymnym nie zetknęłam się od bardzo wielu lat.

Nie wiedziałam, jak otworzyć kopertę. Normalnie rozerwałabym ją bez wahania, lecz to przecież nie była koperta z logo jakiejś instytucji z elektronicznie wygenerowanym adresatem, tylko koperta, którą ktoś zaadresował własnoręcznie specjalnie do mnie. Kiedyś, w dawnych czasach, na porządku dziennym były specjalne nożyki do otwierania listów. Leżały na stercie korespondencji trzymanej na komodzie w korytarzu lub na kuchennym parapecie. Ale kto by teraz pamiętał o nożach do papieru.

Zanim zaczęłam czytać, przyjrzałam się kartce. Spokojne, jasne litery napisane wprawną dłonią. Przy „ę” ogonek czasem odkręca się w drugą stronę, a „p” jest tak wielkie, że zjada następujące po nim „r”. Tuż przy imieniu widniała blada plama po herbacie. Wykrzyknik się trochę rozmazał. To nie była elektroniczna wiadomość, pozbawiona zapachu, kształtu i indywidualności. To było coś realnego, namacalnego, żywego i prawdziwego.

Dlaczego tak wzruszył mnie ten list? Bo dzięki niemu zdałam sobie sprawę, jak powierzchowne i wbrew pozorom rzadkie są nasze kontakty w dobie, kiedy kontakt mamy non stop. Nawet kilkuletnie dzieci mają telefony komórkowe, pocztę elektroniczną i przynajmniej jeden komunikator internetowy. Sama mam trzy poczty, cztery serwisy społecznościowe i kilka komunikatorów na stałe otwartych w telefonie i na komputerze. I co z tego?

Jestem przekonana, że dostrzegłam moment przełomu. Chwilę, w której człowieka zastąpił gadżet. Umówiłam się z przyjaciółką przy Chmielnej. Przyszłam kilka minut wcześniej, więc oparłam się o sklepową witrynę, wyciągnęłam z torby gazetę i zaczęłam czytać. Ale znad gazety zobaczyłam scenę, która wówczas skojarzyła mi się z filmem, a dziś jest codziennością: w kawiarnianym ogródku każdy stolik był zajęty przez jedną osobą, która to osoba rozmawiała z kimś przez telefon. Rozmawiała, pisała smsy, jakkolwiek na to nie patrzeć – kontaktowała się. Jednak nie siedziała z tą drugą osobą przy jednym stoliku. Nie pili wspólnie kawy, nie jedli wz-etek, nie śmiali się na głos ze swoich dowcipów. Był rok 2001.

W roku 2016 już tego nie zauważam. W menu mojej ulubionej restauracji powinien znajdować się prąd. Bo chociaż wszystkie stoliki są zwykle zajęta, to proszę barmana, by podkręcił dźwięk, ponieważ słyszę jedynie stukot klawiszy. Nie, nie jestem lepsza. Wyciągam swojego laptopa, piszę, pracuję, wymieniam się informacjami ze znajomymi. Ba, czasami włączam kamerę i przez chwilę udaję, że człowiek, którego widzę na monitorze jest blisko. Że pijemy razem kawę tak, jakby tych kilkuset czy kilku tysięcy kilometrów pomiędzy nami po prostu nie było. I pod tym względem to jest dobre, bo pozwala zachować bliżej ludzi, których odległość po prostu wykluczyłaby z naszego życia. Ale ilu innych przez to zwyczajnie tracimy?

Nie, nie jestem przeciwniczką techniki. Myślę tylko czasami, że to, co ma pomóc nam otworzyć wszystkie drzwi, do najdalszych miejsc, odległych ludzi, potrafi nam zamknąć drzwi do tych najbliższych. Bo być może w tej restauracji był ktoś, kogo już nie będę miała szansy spotkać. Być może czekała rozmowa, której już nie uda się odbyć. Wpatrzeni w monitory komputerów, w wyświetlacze telefonów nie widzimy nic. Kiedyś, stojąc w godzinach szczytu przy przejściu dla pieszych na Placu Bankowych, zauważyłam tęczę nad przeszklonym budynkiem banku. Bezwiednie dotknęłam ręki czekającego obok mnie mężczyzny i wskazałam mu tęczę. Przez moment patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, aż wreszcie dotarło do niego to, co widzi. Stał tak jeszcze przez chwilę, kiedy zapaliło się zielone światło. Dogonił mnie po drugiej stronie. – Dziękuję, że mi to pani pokazała. Przecież ja bym nie zauważył! – mówił uradowany.

Dlatego dzisiaj odpiszę na list własnoręcznie. Wyciągnę kartkę, znajdę długopis. Postaram się nie myśleć o tym, jak niezgrabnie piszę pozbawiona klawiatury komputera. Nie zwracać uwagi na skreślenia i plamy po kawie. Może przyniosą one komuś tyle radości, co mi przyniósł rozmazany wykrzyknik.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka