Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Made in Poland

– Chyba nie mamy niczego wyprodukowanego w Polsce – rozkłada z żalem ręce ekspedientka największego polskiego sklepu dla dzieci. – Tamte zabawki mają nalepkę „UE”, ale też nie pochodzą z Polski. Może po prostu zdrapie pani nalepkę, skoro to ma być prezent dla Chińczyka – dodaje po chwili wyraźnie zadowolona z pomysłu. Bo, żeby sobie radzić, trzeba być pomysłowym.

W Czechach trzy na pięć samochodów to Skody. Po ulicach Sztokholmu jeździ więcej modeli Volvo, niż jestem w stanie zapamiętać. Nie mamy polskiej marki samochodów, ale ten mój, wyprodukowany w UE, przynajmniej tankuję na polskich stacjach – to mój mały, heroiczny wkład w rodzimą przedsiębiorczość. Heroiczny, bo żeby zatankować na Orlenie muszę jechać osiem kilometrów. Do najbliższego Lotosu mam 24 km, więc te osiem to i tak drobiazg. Przy średniej spalania siedem litrów na 100 km, to niespełna pół litra w jedną stronę, w obie już litr, czyli dodatkowe 4,50 zł. Niech będzie, w końcu nie mogę oczekiwać, że ktoś mi wybuduje stację pod domem. Fakt, że mam bliżej kilka innych, o zdecydowanie nie polskim rodowodzie, staram się przemilczeć.

– Dobre, bo nasze – powtarzam sobie w głowie tę dewizę, jaka zbudowała gospodarkę Niemiec, Austrii i wielu innych państw, których PKB wciąż bije nasz na łeb i na szyję. Powtarzam i robię listę: polska chemia domowa, kosmetyki, nabiał – to wszystko mamy świetnej jakości. Z kosmetykami nie ma większego problemu. Każda drogeria ma w ofercie rodzime firmy, bo Polki lubią swoje kosmetyki. Plus dla nas. Z nabiałem też nie jest źle, choć zachodnie koncerny rozpychają się łokciami i kolanami. Z wielkim budżetem na reklamy, z opłaconymi ciężkimi tysiącami hasłami przekonującymi, że to przecież z polskiego mleka, że już nasze matki, babcie a nawet prababcie dawały to swoim dzieciom, choć nie przypominam sobie, by w czasach mojego dzieciństwa istniały w Polsce jakiekolwiek serki „specjalnie dla dzieci”, „z dodatkiem wapnia dla zdrowych kości” i „bakterii na zdrowy brzuszek”.  Już Winston Churchill powiedział, że historia jest pisana przez zwycięzców.

Z chemią jest gorzej. Czwarty dzień próbuję kupić polski płyn do mycia szyb. W wielkiej niemieckiej drogerii, która rozrasta się na naszym gruncie szybciej niż grzybnie pieczarek, nie ma nawet jednego. We francuskim supermarkecie mogę wybierać dowoli spomiędzy bez wątpienia świetnych produktów niemieckich, włoskich, francuskich, ale polski? – Nie mamy – potwierdza moje obserwacje ekspedientka. – Chyba nawet nikt nigdy o taki płyn nie pytał – dodaje po chwili, ale już się tym nie zajmuje, bo trzeba zapełnić półki, poukładać w magazynie, napić się herbaty. Gdybym miała ocenić polski przemysł parający się chemią domową na podstawie obserwacji sklepowych półek, to musiałabym powiedzieć, że na te cztery na krzyż produkty nawet nie warto fabryki budować. Jednak zaglądam na strony internetowe polskich firm i ze zdziwieniem odkrywam dziesiątki proszków, płynów, zmiękczaczy tkanin, odplamiaczy, wybielaczy i innych środków, których przeznaczenia często się nawet nie domyślam. Tylko gdzie to wszystko kupić?

– Piorę tylko w Loveli – mówi spotkana na placu zabaw mama i patrzy na mnie, użytkowniczkę Dzidziusia, z nieukrywaną wyższością. Bo jest coś nobilitującego w kupowaniu zachodnich produktów. Bo jest się lepszym, bo stać mnie, bo przecież nie jestem byle kim, by godzić się na to polskie badziewie. A później piorą te angielskie ciuszki, wyprodukowane w Chinach, w niemieckich proszkach kupowanych we francuskich supermarketach, w pralkach przywiezionych z Korei. Płacą za to kartami wydanymi przez zachodnie banki i tylko czasami się jeszcze dziwią, że aby móc na to zarobić muszą wybrać emigrację.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka