Niemal każdego dnia jesteśmy zmuszani do podpisywania opiewających na dziesiątki stron umów i regulaminów. Czy znacie treść choć połowy dokumentów, które podpisujecie?

Jestem mutantem. Mogę założyć lateksowy strój X-Menów lub wstąpić do Avengersów – z tą radosną myślą wyszłam z gabinetu okulisty. Ze względu na wiosenny atak alergii, który w tym roku padł mi dosłownie na oczy, musiałam poddać się badaniu okulistycznemu. Miły pan w białym fartuchu zajrzał mi w oczy, poświecił w nie, kazał mi usiąść przed różnymi machinami, a po wszystkim posadził kilka metrów przed ekranem, na którym wyświetlał literki.

– Proszę zamknąć prawe oko i przeczytać najniższą linię – zaordynował.

– K, L, P, O, D – przeczytałam.

Lekarz zmienił planszę.

– Teraz drugie oko – powiedział.

– T…, I…, L…, H… – czytałam z lekkim mozołem, po czym odwróciłam wzrok na lekarza, który przyglądał mi się z trudną do określenia miną.

– Tak, wiem. Jakoś słabiej mi poszło tym prawym okiem. Nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło, to pewnie przez tę alergię – próbowałam się tłumaczyć.

– Nie wiem czy to przez alergię, ale pierwszy raz od dobrych pięciu lat ktoś z moich pacjentów przeczytał tę wielkość liter – odpowiedział  nie spuszczając ze mnie profesjonalnego wzroku.

Już kilka godzin później przekonałam się, że nawet najlepszy wzrok nie ochroni mnie przed plagą handlowych niedomówień i wszelkich informacji dodawanych małym druczkiem. Tak małym, by nawet Sokole Oko miał problemy z ich odczytaniem. A wszystko za sprawą popularnego biura podróży.

Okres urlopowy zbliża się wielkimi krokami, przez co postanowiłam rozejrzeć się za jakąś sensowną ofertą wypoczynku nad ciepłym morzem. Znalazłam miły hotel przy plaży spełniający wszystkie wymagania mojej rodziny, odpowiedni termin i zaznaczyłam jako miejsce wylotu pobliskie lotnisko. Już miałam robić rezerwację, kiedy jakiś drobny szczegół zmusił mnie do kontaktu z doradcą z biura podróży. Rozmowa była miła, pani uprzejma i właśnie miałam kupować wycieczkę, kiedy zapytałam o coś, co byłam przekonana, że jest gdzieś w przedstawionych mi dokumentach, ale najwidoczniej umknęło mojej uwadze.

– Przepraszam, a o której godzinie jest wylot i powrót?

– To zostanie określone w niedługim czasie, najpóźniej dzień przed odlotem – odpowiedziała doradczyni, a ja uznałam, że jak nic musiałam źle usłyszeć.

– Słucham? Przecież wyjazd jest już za dwa tygodnie, a państwo nie wiecie, o jakiej godzinie on nastąpi? – byłam pewna, że to jakieś nieporozumienie.

– Zostaniecie państwo poinformowani najpóźniej dzień przed odlotem – doradczyni najwyraźniej się zacięła.

– Może jeszcze chce mi pani powiedzieć, że lot nie jest bezpośredni i czekają mnie dwie przesiadki – zażartowałam.

– Jedna przesiadka, ale jeszcze nie wiemy gdzie. Te wszystkie informacje są tutaj, na ostatniej stronie – po czym pokazała mi kartkę szczelnie zadrukowaną jakąś mikro-czcionką, którą udałoby mi się odczytać być może, gdybym nosiła przy sobie lupę lub mikroskop laboratoryjny.

Ręka w górę kto zawsze zna wszystkie warunki podpisywanych przez siebie umów, regulaminów? Kto przeczytał ciągnące się w nieskończoność strony umów licencyjnych używanych przez nas programów komputerowych, aplikacji internetowych, kto zna wszystkie warunki prowadzenia własnego konta w banku, polisy ubezpieczeniowej, umowy z dostawcą telewizji satelitarnej, operatora telefonii komórkowej? Znajdzie się choć jedna osoba? Zazwyczaj zakładam, że umowa ta powinna być po prostu rozsądna, logiczna, oczywista. O tym, jaki błąd popełniam, dowiedziałam się kiedy musiałam zostawić swojego smartphona w serwisie w ramach naprawy gwarancyjnej. Dwa tygodnie po tym fakcie odbieram telefon od miłego pana z obsługi, który informuje mnie, że specjaliści określili problem i zniwelowali jego przyczynę. Muszę teraz odebrać telefon i zapłacić za nową baterię.

– Przepraszam, jak to zapłacić za baterię, przecież telefon jest wciąż na gwarancji – zdziwiłam się.

– Gwarancja obejmuje aparat, a nie akcesoria do niego. Jest to zapisane w umowie – odpowiedział machinalnie mężczyzna.

– Jakie akcesoria? Akcesoria to słuchawki czy zestaw głośnomówiący, coś dodatkowego, a nie bateria, bez której telefon po prostu nie może działać! – mówiłam skołowana.

– Producent w umowie zaznaczył, że bateria zalicza się do akcesoriów i tak musimy to traktować. Powinna to pani wiedzieć, w końcu jest to napisane w karcie gwarancyjnej – głos mężczyzny coraz bardziej przypominał regularnie odtwarzane i nieco już zdarte nagranie.

– Gdzie to niby jest napisane?

– Na ostatniej stronie, małym drukiem.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka