Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Mamadżer do spraw wszystkich

Właśnie taki napis – mamadżer do spraw wszystkich – zobaczyłam kiedyś na lnianej torbie pewnej kobiety i pomyślałam, że jest to najtrafniejsze określenie roli mamy w świecie jej dzieci. Bo kiedy zostajesz mamą, to musisz umieć wszystko, włącznie z tym, czego nie umiesz.

Myślę, że ewolucja obeszła się z matkami po macoszemu – dała im milion obowiązków, a pozbawiła dodatkowej ręki. A nawet dwóch ekstra rąk – myślę o tym za każdym razem, gdy trzymając dziecko lewą ręką, prawą robię kanapkę, stopą próbuję podnieść zrzuconą ścierkę, zetrzeć rozlaną herbatę, a światło włączam czołem. Jestem przekonana, że tak, jak pojawienie się dziecka wywołuje laktację, powinno również generować dodatkową rękę, która samoistnie odpada wraz z pójściem latorośli do szkoły.

Każda mama powinna również potrafić rozciągać czas, by jej doba miała przynajmniej 32 godziny, gdyż może dzięki temu udałoby się jej – poza zajmowaniem się dzieckiem – skupić na pracy, znaleźć czas dla ojca rzeczonego dziecka, a nawet, co wydaje się niewiarygodne, dla siebie. Ale nawet gdyby doba miała 48 godzin i tak nigdy nie byłoby wystarczająco dużo czasu, by wyprać i wyprasować te sterty ubrań, które generuje dziecko. Po prostu wraz z pojawieniem się w domu dziecka, tworzą się całe malownicze pasma prania – brudnego, czystego, wysuszonego i czekającego na wyprasowanie. Stos pajacyków, wzgórze bluzeczek, nasyp skarpetek i szczyty spodenek. To taki znak rozpoznawczy każdego domu, w którym jest maluch.

Kolejnym takim znakiem są kawowe kręgi na wszystkich meblach i mnożące się w postępie geometrycznym brudne kubki porozstawiane po całym domu. Bo mama to taka maszyna, która działa dzięki miłości i kawie, a czasem, przy skrajnym wyczerpaniu, potrzebuje lekkiego wspomagania winem. Oczywiście to w tej rozciągniętej części doby, kiedy to niby ma czas dla siebie. A że ta część zwykle nie następuje, to też wino najczęściej leżakuje na stojaku, czekając na lepsze czasy.

Wyjątkowo ważną umiejętnością w portfolio przeciętnej mamy jest chodzenie wężykiem. Pokonywanie przestrzeni tanecznym, zwinnym krokiem, pozwalającym nie nadepnąć na klockowe rumowisko, nie wpaść na wózek, jeździk czy rowerek nagle pojawiający się tuż przy jej nogach, nie wdepnąć w talerz z obiadem, który jakimś trafem z kuchennego stołu przywędrował na środek salonu i nie poślizgnąć się na kredkach, których najczęściej możesz się spodziewać tam, gdzie nigdy ich być nie powinno. Wydaje mi się, że tej tanecznej zwinności powinno się uczyć w szkole rodzenia, obok tego, jak kąpać dziecko, przewijać i karmić. Najlepiej, by taki trening odbywać niosąc jednocześnie w rękach dwie ciężkie torby, a na głowie trzymając bezcenną, fajansową filiżankę babci – wówczas może sytuacja będzie choć w kilkunastu procentach zbliżona do tego, co może przydarzać się w domu od chwili, gdy dziecko zrozumie, że ręce i nogi pozwalają na całkiem sprawne przemieszczanie się w poziomie, aż do momentu, gdy wyjedzie na studia zabierając jednocześnie rodzinny samochód.

Mama musi też potrafić odgadnąć z miny, co dziecko jest skłonne zjeść na śniadanie, obiad, czy jakikolwiek inny posiłek, wiedzieć jak zbudować rakietę kosmiczną z kartonu po telewizorze, papieru toaletowego i butelki po jogurcie, znać na pamięć wszystkie wierszyki Brzechwy, piosenki o ogórkach, świnkach, psach i krowach oraz recytować z pamięci wszystkie hasła z Encyklopedii Britannica, a obudzona w środku nocy potrafić rozwiązać w mig równanie z dwoma niewiadomymi, czyli ustalić gdzie jest ukochany miś i jaki związek ma jego nagłe zniknięcie z faktem, że na zewnątrz grzmi. Musi umieć udawać samochód, kosiarkę i kota, smażyć naleśniki, wiązać kokardki i skakać w błocie nie myśląc o tym, że po tej wspaniałej zabawie będzie chyba musiała wejść z dzieckiem pod prysznic w ubraniu.

W ogóle mamy muszą umieć się nie przejmować. Tym, że autobus uciekł, bo przecież ślimak wchodził na śmietnik; tym, że najlepsze kwiatki zawsze rysuje się bezpośrednio na dębowym stole; tym, że brudną buzię zamiast w ręcznik wytrze się w śnieżnobiały obrus i jeszcze tym, że masło z kanapki zostało wtarte w psi ogon.

 – Prościej jest rządzić narodem, niż wychować czwórkę dzieci – powiedział niegdyś Winston Churchill, przez co myślę, że byłabym fatalnym przywódcą, bo każdego dnia zadaję sobie pytanie, czy to jedno dziecko, jakie mam, wychowuję właściwie.  Czy wystarczająco kocham, dbam, tulę, całuję. Czy nie tracę zbyt często cierpliwości, nie pozwalam na zbyt dużo lub nie zabraniam zbyt wiele. I za każdym razem, gdy padam zmęczona wieczorem, myślę sobie o tym, co powiedział mój przyjaciel, gdy dowiedział się, że zostanę mamą: – Ten nowy człowiek będzie największym dziełem twojego życia, więc się do tego przyłóż. W końcu nie oszukujmy się, Nobla ci już raczej nie dadzą.

Wszystkim mamom życzę cierpliwości, spokoju i dodatkowych rąk. Bo to właśnie w waszych, w naszych rękach leży przyszłość wszystkiego. Nawet, jeśli Nobla nam za to nie dadzą.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka