– Nie lubię feministek, one skrzywdziły kobiety – powiedziała na głos podchmielona kobieta w średnim wieku i powiodła triumfującym wzrokiem po obecnych w sali. – To proszę zwrócić dowód osobisty, kartę bankową, prawo jazdy i dyplom szkoły, jaką pani skończyła, bo najwyraźniej nie powinna pani korzystać z tej wielkiej krzywdy.

Tuż przed ósmym marca zaznaczę, że jestem kobietą. Na dowód tego mam szufladę pełną staników, zdecydowanie za dużą liczbę sukienek, córkę i bliznę pod brzuchem. Dzielę swe dni na te, kiedy dziecko śpi dobrze i mogę w wolnych chwilach poczytać, wypić kawę na tarasie lub radośnie nie robić nic, i te, gdy najchętniej włożyłabym sobie zapałki między powieki i zamontowała dodatkowy napęd. Jestem matką z wszystkimi tego konsekwencjami: brakiem czasu dla siebie, permanentnym przemęczeniem i nieopisywalną radością z każdego osiągnięcia latorośli, z każdego buziaka, uśmiechu. Jestem kobietą domową – codziennie odkurzam, gotuję, piorę, prasuję. Myję okna, przesadzam kwiatki, robię zakupy i zbieram słoiki na letnie przetwory. Jestem feministką.

Powszechne stało się ostatnio odżegnywanie się od feminizmu. Widzę, słyszę kobiety wyjątkowe: dzielne, twardą ręką prowadzące interesy, świetnie wykształcone, uprawiające niebezpieczne sporty, a większość z nich każdą wypowiedź o kobietach kończy: tylko nie zrozum mnie źle, nie jestem feministką. Jak to nie jesteś feministką? Czy głosujesz w wyborach, może nawet kandydujesz i zajmujesz się polityką? Jeśli tak, to tę możliwość wywalczyły ci feministki. Czy masz swoją własność, zamiast być uzależnioną od tego, co da ci mąż? Czy mogłaś się uczyć, skończyłaś szkołę, masz w szufladzie dyplom uczelni? Wybrałaś sobie zawód, poszłaś do pracy, zdecydowałaś kiedy i czy chcesz mieć rodzinę? Zrobiłaś prawo jazdy, kupiłaś samochód? Podróżujesz sama, zamawiasz w restauracji obiad dla jednej osoby i sama za niego płacisz? Czy masz prawo zgłosić molestowanie seksualne, gwałt? Nawet, jeśli dokonał go twój partner lub mąż? Czy chcesz by traktowano poważnie twoją wiedzę, umiejętności, szanowano wybory? Jeśli na wszystkie powyższe pytania odpowiedziałaś twierdząco, to nawet jeśli nie masz się za feministkę, to każdego dnia korzystasz z tego, co feministki wywalczyły dla ciebie.

Pomyśl, jaki byłby twój świat bez tego. Pomyśl, co byś zrobiła nie mogąc pójść do szkoły, bo ktoś uznał, że masz tylko gotować i rodzić dzieci. I nie zważał na twoje chęci lub ich brak, bo nie byłabyś nawet podmiotem dyskusji. Maria Curie, której tak chętnie i tak błędnie dodajemy rodzime nazwisko Skłodowska, była właśnie taką osobą. Gdyby została w Polsce, skończyłaby życie jako guwernantka w średniej klasy pensji dla dziewcząt. Bo w Polsce nie mogła się uczyć. Nikt nie przewidywał, że kobieta może chcieć się uczyć. Jej nie wypada. Ona ma umieć grać na fortepianie, ładnie haftować i może jeszcze prowadzić dom. Nic więcej. Przecież Nobla takiej nie dadzą!

– Gdyby nie te feministki nie musiałabym pracować – zarzuca mi podchmielona pani w średnim wieku i z radością dodaje, że mąż musiałby ją utrzymywać. Musiał? Mógł. I teraz też może. Nikt i nic mu w tym nie przeszkadza, a układ domowy w poszczególnych związkach, jeśli tylko funkcjonuje za obopólną zgodą, ma się nijak do feminizmu.  Bo znam feministki, które nie pracują zarobkowo, gdyż dzieląc sprawy rodzinne podjęły z partnerem taką decyzję. Nie przeszkadza to im się uczyć, aktywnie działać w przeróżnych organizacjach, dbać o dzieci, dom i wciąż mieć do siebie szacunek. Feminizm to nie zewnętrzny regulator, ale wewnętrzne przekonanie. Pewność tego, kim się jest i możliwość dokonania wyborów. Własnych wyborów.

Feminizm pokazał kobietom, że mają prawa. Że skoro żyją w danym państwie, to powinny współtworzyć jego politykę, że mogą same zdecydować, czy dany mężczyzna jest tym, z którym chcą spędzić wieczór, noc czy życie. Że mogą powiedzieć „nie”, kiedy uznają to za stosowne, a ich „nie” ma moc i musi być szanowane. Że nie muszą godzić się na przemoc – te fizyczną, psychiczną i ekonomiczną, mają prawo bronić swoich racji. Feminizm powiedział nam, że mamy prawo do własnego życia i kształtowania go bez lęku o swoje bezpieczeństwo i przyszłość. Naprawdę chcecie się od tego odżegnywać? Panie parlamentarzystki, które dzięki walczącym kobietom zasiadacie w sejmowych ławach i z ich wysokości mówicie innym kobietom, że feminizm to zło? Że ustawa przeciwdziałająca przemocy niszczy wizję rodziny? Jakiej rodziny? Tej, której same już dawno nie reprezentujecie, bo zostawiłyście kuchenne fartuchy na rzecz eleganckich żakietów i pobieracie pensje, które przychodzą na konto bankowe założone na wasze nazwiska? Nieco konsekwencji, proszę.

Jestem feministką. Będą nią niezależnie od tego ile razy dziennie wyciągnę odkurzacz. Będę nią zmieniając pieluchy, robiąc zakupy, a nawet podając mężowi obiad. Będę nią, bo feminizm dał mi możliwość wyboru mojego życia. Nauczył, że mam prawa i należy mi się szacunek.  Pozwolił mi się wypowiedzieć i określić, czego ja chcę, co mi daje szczęście, nawet, jeśli to szczęście z pozoru zaprzecza feminizmowi. Bo to, czy będę gotować obiad, rozważać niuanse teorii względności, konstruować satelity, pisać książki, szukać szczepionki na raka, sadzić kwiatki w ogródku jest tylko moim własnym wyborem. I chcę, nie – nawet pragnę, by moja córka również miała taki wybór.

Dlatego drogie panie, w dniu naszego święta chcę wam powiedzieć, że  jeśli nie chcecie być feministkami dla siebie, to zostańcie nimi dla swoich córek.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka