Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Miłość jak narkotyk

Cztery sekundy – tylko tyle potrzebujesz, by dowiedzieć się, czy druga osoba dialogu jest tą, z którą chcesz się budzić rano i zasypiać wieczorem.

Reszta to już czysta chemia, na którą nie masz najmniejszego wpływu i to niezależnie od tego, jak dużo wiesz, jak świetnie potrafisz kontrolować siebie i swój los. Bo wbrew milionom wierszy i tysiącom książek o miłości to, co przeżywamy, można zapisać krótkim wzorem: C8-H11-N.

„W dniu Świętego Walentego
roku pańskiego 1994
słuchałem ćwierkania
pani redaktor „radia bzdet”
(…)
życzymy wszystkiego naj naj naj
wszystkim zakochanym
bo to dzisiaj ich święto
cip cip cip (…)”

– tak rozpoczął Tadeusz Różewicz wiersz, o znamiennym podtytule „Poemat z końca XX wieku”. W pierwszej połowie XXI wieku wiemy, że to święto chemii i najbardziej pierwotnego imperatywu, przed jakim nie uciekniemy niezależnie od tego, czy uda nam się wybudować kolonię na Marsie i zbudować komputery kwantowe. Ten imperatyw to rozrodczość, przekazanie swoich genów i zapewnienie ciągłości istnienia swego gatunku. Romantyzm, miłość, oddanie, namiętne serenady wyśpiewywane o północy pod oknem ukochanej i cała ta maskarada, to jedynie pawi ogon służący jednemu: znalezieniu i zatrzymaniu na wystarczająco długo kompatybilnego genetycznie partnera.

Wystarczą cztery sekundy, by określić, czy dana osoba jest dla nas właściwa, czy też nie. Przez ten krótki moment nasz mózg przeprowadza rozumowanie, jakiego nie powtórzy żaden komputer. Ocenia cechy fizyczne, umysłowe i umieszcza daną osobą w jednym z pięciu kręgów zainteresowania. Cechy fizyczne są łatwe do zdefiniowania: proporcjonalna budowa ciała, dobrze zarysowane biodra i piersi u kobiet oraz szeroka klatka piersiowa u mężczyzn, zdrowa cera i włosy – to wszystko ma świadczyć o zdrowiu i możliwości wydania na świat równie zdrowego potomstwa. Dalej do głosu dochodzi najbardziej pierwotny ze zmysłów, czyli węch, który podpowiada nam, czy wydzielane przez daną osobę feromony, będące niejako szkicem genetycznym, współgrają z naszymi feromonami.  Ważny jest też głos – badania wykazały, że wyższy głos kobiet, a taki się staje np. w płodnej fazie cyklu, działa na mężczyzn wyjątkowo pobudzająco. Wszelkie te bodźce przepływają przez nasz mózg z prędkością 432 km/h. Jeśli wszystko gra, mózg nie podniesie sprzeciwu, przechodzimy do kolejnego etapu.

Jeszcze tylko moment na sortowanie – określenie czy potencjalny partner należy do tej samej bądź o jeden wyższej lub o jeden niższej grupy społecznej i rozpoczyna się taniec godowy z całym repertuarem środków. Po czterech sekundach od poznania się hipotalamus zaczyna produkować fenyloetyloaminę i wpadamy w macki narkotyków. Od tej pory przez najbliższe dwa lata zachowujemy się jak narkoman na wiecznym haju, a nasz zdrowy rozsądek ucina sobie solidną drzemkę.

Uczuciu zakochania towarzyszy wydzielanie ogromnych dawek dopaminy i nerophetaminy. Mają one działanie podobne do kokainy i przynoszą tolerancję na głód, ból i zimno, przyspieszają bicie serca, dają poczucie bycia niezwyciężonym i przede wszystkim niebezpiecznie zmniejszają poczucie realności. Obecność ukochanej osoby wywołuje wydzielanie endorfin o działaniu zbliżonym do morfiny, a dodatkowo u mężczyzn wazopresyny odpowiedzialnej za przywiązanie, natomiast u kobiet oksytocyny – tej samej, która uwalniana jest w trakcie porodu lub karmienia piersią. Jeśli dołączymy do tego testosteron – odpowiedzialny u obu płci za pociąg seksualny, otrzymujemy mieszankę bardziej wybuchową i znacznie mniej stabilną niż bomba wodorowa.

Cztery lata – tyle może trwać ten narkotyczny haj. Cztery lata, które wedle klasycznej antropologii mają pozwolić na spłodzenie oraz odchowanie potomka. Współczesna psychologia dodaje, że jeśli zależy nam na stworzeniu mocnego, stabilnego związku z kategorii tych do grobowej deski, te cztery lata jest to również okres, w którym nie powinniśmy podejmować żadnych doniosłych decyzji, ponieważ jest to czas, w którym nie dostrzegamy partnera, a jedynie wykreowaną przez nasz mózg jego swoistą emanację – złożoną z naszych potrzeb, oczekiwań, marzeń, doprawioną solidną dawką seksualnego upojenia i zapachu nowości. Dopiero po tym czasie spadają różowe okulary, a testosteronowa miłość, jeśli nie ulegnie całkowitemu wypaleniu, zmienia się w miłość erotyczną, lecz o zabarwieniu przyjacielskim. Te, które nie przejdą próby odstawienia narkotyków, zanikają, stając się jedynie lepszym lub gorszym wspomnieniem.

„biedne stare Lary i penaty
klamka zapadła
a może
da się jeszcze całą rzecz
obrócić w żart
było nam tak dobrze
ze sobą ale w rezultacie
złamałaś mi życie

ognisko domowe
Lary i penaty
Dzień Matki
Dzień Ojca
Dzień Babci
Dzień Dziadka
Dzień Dziecka
dzień w dzień
(…)
a może da się
całą rzecz
obrócić w żart?”*

*Tadeusz Różewicz „Walentynki, poemat z końca XX wieku” z tomu „Zawsze fragment”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka