Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Mistrz kierownicy ucieka

W Polsce mamy 17 milionów świetnych kierowców. Przy takiej liczbie aż trudno zgadnąć skąd biorą się ci wszyscy fatalni kierowcy, bo przecież każdy prawdziwy Polak  jeździ, jakby za kierownicą się urodził i nikt, ale to nikt nie przekona go, że może być inaczej.

– No przecież każdy wie, że ja tu skręcam! – tymi słowami mój mąż zwykle kwituje wyczyny kierowców, którzy nie uznają za słuszne wrzucić kierunkowskaz wjeżdżając na swoją posesję. Zdaje się, że montowanie kierunkowskazów w samochodach przeznaczonych na rynek polski to zbędny wydatek. Ręka w górę, kto nigdy nie hamował gwałtownie chcąc wyprzedzić nagle zatrzymujący się na drodze samochód, którego kierowca bez dania jakiegokolwiek znaku, kiedy byłeś tuż za zderzakiem jego auta, zaczął skręcać w lewo? Coś takiego jak „sygnalizowanie zamiaru wykonania manewru” w słowniku pojęć znacznej grupy kierowców po prostu nie istnieje. Kierunkowskazów nie używa się wyprzedzając pieszych, rowerzystów, omijając przeszkody na drodze, zjeżdżając z ronda. Bo po co? Niech ten za mną się trochę wysili. W końcu ślepym prawa jazdy nie dają, to niech sobie sam radzi.

Kiedyś jadąc do pracy wymyśliłam zabawę polegającą na liczeniu po drodze kierowców, którzy albo w ogóle nie używali kierunkowskazów, albo wrzucali je już w trakcie wykonywania manewru, na przykład w połowie skrętu. Wyszła liczba niemal trzycyfrowa.

Kolejnym zbędnym elementem są lusterka wsteczne. No nie wiadomo po co je montują. Znam osobiście przynajmniej kilku kierowców, którzy wsiadając do obcego samochodu nawet nie ustawiają sobie lusterka wstecznego, bo niby po co? Przecież nie będą się patrzeć do tyłu! I nie widzą ciągnącego się za nimi sznura samochodów, kiedy lewym pasem jadą poniżej prędkości minimalnej, nie dostrzegając, że kolejni kierowcy mrugają im światłami, by zjechali na prawo. I jeszcze oburzają się, kiedy jeden lub drugi o słabszych nerwach, w chwili desperacji zdecyduje się wyprzedzić takiego delikwenta prawym pasem.

Jednak najlepszą kombinacją jest nieużywanie kierunkowskazów, lusterek i brak umiejętności oceniania prędkości. Jeśli te cechy połączy w sobie kierowca podróżujący autostradą, to pozostaje nam już tylko wiara w siłę hamulców, bo nawet nie w Boga. Jedzie taki delikwent za kolumną tirów, przez ładnych kilka kilometrów przygotowując się do wyprzedzenia i dziwnym trafem zwykle decyduje się na manewr w chwili, gdy lewym pasem znacznie szybciej od niego zasuwa inny kierowca zmuszony przez rzeczonego do gwałtownego hamowania i wytracenia w momencie 1/3 swojej prędkości. Daje sygnały światłami, czasami w akcie rozpaczy nawet trąbi, ale to też nie przynosi skutku, bo zdecydowany na wszystko kierowca małolitrażowego autka, które nabiera prędkości jak lokomotywa parowa, nawet tego nie dostrzega.

Przejścia dla pieszych, znaki informujące o bliskości szkoły czy ścieżki rowerowej traktowane są jak elementy krajobrazu. Tak przywykłam do faktu, że w swoim kraju muszę czyhać na możliwość przejścia przez pasy, że w trakcie wizyty w Hiszpanii, gdzie kierowcy zatrzymują się od razu, jedynie zauważając pieszego stającego przy przejściu, wręcz bałam się przechodzić przez ulicę, ponieważ ich nawyk był dla mnie całkowicie nienaturalny. Rowerzystów nie traktujemy lepiej. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy decydują się przemieszczać rowerem po jezdniach. Muszą mieć nerwy ze stali. Sama byłam świadkiem, jak policyjny samochód potrącił prawidłowo jadącego rowerzystę, bo policja chciała skręcić, rowerzysta jechał prosto, a przecież samochód jest większy w dodatku miał napis „policja”, to chyba miał pierwszeństwo! – mniej więcej takich słów użył tłumaczący się policjant. Kilka lat wcześniej to ja byłam na miejscu rowerzysty, jednak drogę w dość obcesowy sposób zajechał mi samochód cywilny. Niemal w tej samej chwili usłyszałam charakterystyczny dźwięk włączanego koguta, a z zatoczki wyjechał policyjny patrol. Przekonana, że za moment zbiorę konkretny ochrzan, a może nawet dostanę mandat, przez ułamek sekundy rozważałam ucieczkę na swoim pożyczonym bicyklu, gdy podszedł do mnie policjant z pytaniem, czy wszystko w porządku. Wszystko w porządku? – Czy nie kręci się pani w głowie, nie straciła pani równowagi, nic pani nie boli? – Nie – odpowiadam wpatrzona w rozmówcę oczami jak filiżanki. – Źle się pani czuje, może wezwać kogoś z rodziny lub karetkę? – nie odpuszczał stróż prawa, a ja kątem oka widziałam, jak drugi z policjantów spisuje dane kierowcy, który zajechał mi drogę. Byłam w takim szoku, że do domu doszłam na piechotę, bo dla młodej Polki zetknięcie się z brytyjskim sposobem egzekwowania przepisów było czymś dużo bardziej niesamowitym, niż fakt, iż ktoś zajechał drogę rowerzyście.

– Ja tu kiedyś zawału dostanę – stwierdził taksówkarz, wymijając jednocześnie zapakowanego busa, który ni stąd ni zowąd zatrzymał się niemal na środku ruchliwej trasy. – Prawie dziesięć lat jeździłem w transporcie międzynarodowym, przejechał Europę wszech i wzdłuż, ale tyle stresu, co przez miesiąc na taksówce, to nie miałem w całym życiu – dodał i zaklął siarczyście pod nosem. Bo przeklinanie jest nieodzowną częścią każdej przejażdżki. Bez tego ani rusz. Choćbyś był językowym purystą, to siedząc za kierownicą nie uda ci się nie zakląć choć raz. Jak często to robimy uświadamia przykład mojego kolegi, którego mała, słodka córeczka, gdy tylko chwyciła kierownicę jego auta, wyrzuciła z siebie potok wulgaryzmów, jakich nie powstydziłby się przysłowiowy szewc. Bo jak masz kierownicę w rękach, to klniesz. Na tego przed tobą, bo wolno jedzie, na tego za tobą, bo po co tak szybko, na tirowca, bo chce skręcić i na motocyklistę, bo się wpycha. Tylko nie na siebie. Bo ja proszę państwa, ja to jeżdżę naprawdę bez zarzutu.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka