Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Mocno przysmażone

Ryzykuję, że po tym, co za chwilę napiszę, pod moim domem spontanicznie pojawi się pikieta i być może ktoś nawet zechce spalić imitującą mnie kukłę, bo tak obrazoburcze słowa wymuszają reakcję, ale trudno, wezmę na siebie ich konsekwencje: całkowicie, totalnie i kompletnie nie znoszę grillowania i uważam, że zakup grilla powinien być obłożony analogicznymi obostrzeniami, co zakup broni palnej.

Chyba nie ma innej czynności, która by tak całkowicie łączyła wszystkich Polaków, jak zamiłowanie do grillowania. Nie ważne wykształcenie, zarobki, wyznanie i przekonania religijne, jak położysz kiełbaskę na ruszcie i otworzysz piwo to jesteś swój. Każdy to przecież robi. Sąsiad to robi, kolega z pracy to robi, szef to robi i sprzątaczka to robi. Wymieniają się nazwami brykietów, dyskutują o jakości podpałek, ale przede wszystkim smażą, dymią i otłuszczają. I wszystko byłoby dobrze, gdyby jeszcze robili to prywatnie, w jakimś odosobnieniu, ale nie – Polak lubi grillować stadnie, najlepiej w miejscach tłumnie odwiedzanych, racząc wszystkich przybyłych dymem, wonią, a niejednokrotnie też tłuszczem z własnego grilla.

– Ale co niby pani przeszkadza! – powiedział oburzony 30-latek i choć jego słowa z założenia miały być pytaniem, to nijak nie dawało się po nich postawić znaku zapytania, bo przecież nie ma co mi przeszkadzać! Niby to, że usadowił się wraz z przenośnym grillem pół metra od mojego ręcznika? Że wysypał stary węgiel w krzaki tuż za moją torbą? A może nie odpowiada mi woń skwierczących na ogniu kiełbasek i fakt, że przez dym nie widzę ani jeziora, ani nawet książki, którą mam przed sobą. Co więcej, kiedy podniosłam wzrok wyżej, ujrzałam dziesiątki podobnych grilli, a oburzony pan niemal multiplikował się tuż przed moim nosem. Na niewielkiej, dość wąskiej plaży, każdy jeden metr kwadratowy zapchany był smażącymi się na ogniu przysmakami i smażącymi się na słońcu ich amatorami. I naprawdę trudno było ocenić, kto bardziej dymi.

A grillowanie na balkonie? Wyobraź sobie – gorące, duszne lato, niemal stojące w mieszkaniu powietrze i nagłą oraz intensywną woń rozpalanego piętro niżej grilla. Woń – czarny, nieprzyjemny dym, który w minutę opanowuje całe pomieszczenie, nijak nie dając się wygnać? A wyobraź sobie, że w takiej chwili nie ma cię w mieszkaniu, a przez uchylone okna całymi godzinami wlatuje czarny dym i wgryza się w każdy centymetr mieszkania? Taka sytuacja przytrafiła się mojej znajomej, która po powrocie z wyjazdu weekendowego otworzyła swoje mieszkanie na poddaszu i pomyślała, że pod jej nieobecność wybuchł pożar, bo tylko tym mogła wyjaśnić czarne ściany i smród spalenizny. Zaalarmowani sąsiedzi nie wiedzieli nic o pożarze, za to lokator mieszkający poniżej przyznał, że dwa dni wcześniej zrobił małego grilla na balkonie. – Pani nie było, to przecież nie przeszkadzałem, nie? – powiedział dyplomatycznie. To nieprzeszkadzanie kosztowało koleżankę kilka dni wietrzenia, malowanie ścian, pranie całej garderoby włącznie z zimowymi kurtkami schowanymi głęboko w szafie oraz mycie wszystkich nadających się do tego powierzchni w mieszkaniu. Faktycznie, w ogóle pan nie przeszkadzał.

Pomyślmy też moment o własnym zdrowiu! Jak to jest, że choć letnie bogactwo owoców i warzyw wprost onieśmiela, to uświadczenie w popularnych miejscach wypoczynkowych sałatki, kanapki z pieczonym bakłażanem czy choćby miski ugotowanego bobu jest praktycznie niemożliwe, za to wszędzie skwierczą kiełbaski, kurczaki, karkówka, a jedynymi warzywnymi dodatkami do nich są utopione w tłuszczu i również grillowane ziemniaki? Do tego szklanka rozwodnionego piwa i tylko patrzeć, jak od biesiadnych stołów będą wstawać ludzie o posturze przeciętnego Amerykanina – nisko zawieszeni, z ramionami grubości ud i brzuchem, którego fałd nie da się nawet policzyć. A wszystko w imię nieskończonej miłości do grillowania, podsmażania, przypiekania i skwierczenia.

Z nieznanego mi bliżej powodu poczciwy grill wyzwala w ludziach zwierzęce instynkty. Wystarczy podpalić brykiety, a od razu rozmowy stają się głośniejsze, emocje rosną, poziom testosteronu we krwi podnosi się z minuty na minutę. Tu się kurczak smaży, a tam dwa koguty walczą. Bo jak kiełbaska to i piwko. Jedno piwko, drugie, trzecie. Wieczorem wódeczka pod przysmażoną karkóweczkę. Jeszcze głośniejsze rozmowy, jeszcze bardziej skrajne opinie. Istna beczka prochu. A że takich beczek w okolicy dostatek, to co się dziwić, że weekendowe grillowanie kończy się kolejnego dnia krajobrazem po bitwie – tu puste butelki, tam resztki krzesełka, a obok trzeźwiejący pan. Bo grill to jest podstępna bestia – chciał człowiek zjeść sobie kiełbaskę w sposób jak najbardziej cywilizowany i tylko cywilizacja się od niego odwróciła. Pewnie przez ten dym uciekła.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka