Niemal trzy miliony Polaków żyje poniżej granicy ubóstwa – informuje Główny Urząd Statystyczny. Reportaże o wielodzietnych rodzinach mieszkających na 40 metrach kwadratowych, żyjących w biedzie emerytach czy mieszkańcach dawnych PGR-ów, można znaleźć w niemal każdej gazecie. Ale spróbuj człowieku komuś pomóc, a okaże się, że twoja pomoc tylko przeszkadza.

– Czy z Polski tak wielu ludzi wyjechało, że zostali sami bogacze – słyszę w słuchawce i po chwili orientuję się, że dzwoni dawno niewidziana koleżanka, która wyemigrowała do Hiszpanii niemal dekadę temu. Jest wzburzona, nawet wściekła. A wszystko za sprawą dobrego – jak jej się wydawało – uczynku. Otóż zdecydowała się sprzedać swoje polskie mieszkanie, kupione i umeblowane tuż przed wyjazdem. Nowy właściciel ma własne meble, koleżanka jest osobą o stabilnych dochodach i uznała, że nie chce jej się bawić w sprzedawanie polskiego dobytku, więc napisze ogłoszenie, że odda meble za darmo. Fakt, kupione kilka ładnych lat temu, lecz praktycznie nieużywane, w stanie niemal idealnym. Myślała o ubogich małżeństwach, które zarzynają się, by spłacić kredyt we frankach, rodzinach wielodzietnych, osobach samotnie wychowujących dzieci – słowem o wszystkich, dla których kupienie mebli jest wydatkiem ponad ich możliwości. Ponoć takich nie brakuje.

– Dostawałam maile z pytaniem o konkretne wymiary mebli, materiał wykończeniowy, czy mogłabym je wysłać na swój koszt do innej części Polski, zapłacić za transport i wniesienie do mieszkania, a nawet wiadomość brzmiącą: jak zmieni pani obicia na niebieskie, to biorę. To teraz stawia się wymogi osobie robiącej przysługę? – opowiada koleżanka, a ja tylko uśmiecham się pod nosem, bo niestety świetnie wiem o czym mówi.

Z danych GUS wynika, że najbardziej narażone na ubóstwo są rodziny, w których długotrwałe bezrobocie łączy się z nadużywaniem alkoholu lub przewlekłymi chorobami. Niczym niezawiniona bieda dotyczy też dzieci i osób starszych. Procent dzieci objętych bezpłatnym dożywianiem w szkołach waha się w zależności od województwa od 15 do 25 procent. 25 procent to dużo, bardzo dużo. Za dużo. Na fali reportaży o ośrodkach interwencyjnych i rodzinach zastępczych, historii o tym, jak to raz dziennie pierze się całą bieliznę, bo choć system dowozi małe dzieci w takie miejsca, to system już nie pomyśli, że te małe dzieci muszą coś jeść, gdzieś spać i w czymś chodzić, postanowiłam pomóc na miarę swoich możliwości. Piorąc i prasując ubranka, czyszcząc zabawki i układając to wszystko w wielkich pudłach powtarzałam sobie w głowie słowa jednej z bohaterek reportażu – potrzebujemy każdej pomocy, każdej! Kiedy już przygotowałam paczki, zadzwoniłam do pierwszego domu samotnej matki, jakiego numer znalazłam. – Dzień dobry, mam dwa pudła ubranek i zabawek dla małych dzieci. Chętnie przekażę je osobom potrzebującym. Mogę je sama przywieźć – rozpoczęłam, nie zdając sobie nawet sprawy ile jeszcze razy wygłoszę tę formułkę. – Ale dla jakich dzieci? – No małych, tak do roczku. Przede wszystkim dla dziewczynek, ale sporo rzeczy może służyć obu płciom – dodaję.  – To są nowe rzeczy? – Kilka jest nowych, ale większość  po mojej córce, używane tylko przez jedno dziecko, które nie zdążyło ich zniszczyć – odpowiadam i słyszę: – Jak nie nowe, to nie chcemy – po tych słowach ktoś odkłada słuchawkę.

Oddawanie dwóch pudeł ubrań i sprzętów dla dzieci zajęło mi niemal trzy tygodnie i wymagało wykonania kilkudziesięciu telefonów. Nie chciały domy dziecka: -mamy dużo ubrań; nie chciały rodziny zastępcze: – jak pani bardzo chce, to niech przywiezie, może i coś się przyda; nie chciały instytucje, których celem statutowym jest pomoc osobom potrzebującym. Wreszcie osobiste zaangażowanie pewnej pani z MOPSU sprawiło, że zawiozłam je młodej mamie, która w wyniku nieszczęśliwych decyzji została ze swoją maleńką pociechą zupełnie sama.

Kilka tygodni temu mój mąż zawiózł karton książek do pobliskiej biblioteki – malutkiej, biedniutkiej, wyposażonej w kilkanaście regałów, komputer i pana, którym układał na nim pasjansa. – Nawet nie zajrzał do pudła i chyba nawet nie powiedział do widzenia – zdawał mi relację mąż. – Usłyszałem tylko: niech pan postawi to pudło tam w rogu.

To mi przypomniało historię z okresu studiów. Codziennie idąc na zajęcia mijałam w przejściu siedzącą na schodku staruszkę. Wyciągała rękę po drobne. Kiedy tylko mogłam dawałam jej pieniądze, choćby pięćdziesiąt groszy, cokolwiek. Jak większość studentów nie należałam do osób zamożnych, a podstawę mojego wyżywienia stanowiły wówczas zupki chińskie i jabłka. Mimo to przywykłam do rytuału i przez pięć lat zostawiałam staruszce wszystko, co mogłam. Otrzymanie dyplomu było prawdziwym oświeceniem i to nie tylko w sensie naukowym. Czekając na autobus zobaczyłam, jak staruszka z przejścia wsiada na tylne siedzenie dobrego i całkiem nowego samochodu, po czym ten odjeżdża z piskiem opon. Skonsternowana tym widokiem usłyszałam tylko: dzisiaj synuś zabrał starą wcześniej, widocznie już dość nazbierała.

Lubię pomagać. Uważam, że wspólny wysiłek dla dobra wszystkich ludzi jest po prostu częścią człowieczeństwa. To trochę jak z tymi orkiestrowymi groszami – nawet jeśli wrzucisz do puszki WOŚP złotówkę, ale twój sąsiad też wrzuci złotówkę, kolejny również, to w końcu uda się uzbierać na coś, co pomoże wszystkim. Najprostsza możliwa matematyka. I chociaż wierzę statystykom GUS, nie wątpię w dobrą robotę, jaką wykonuje Polska Akcja Humanitarna, Polski Czerwony Krzyż czy wiele innych instytucji i fundacji, to czasami mam wrażenie, że naszej pomocy tak naprawdę nikt nie chce. Ot wpłać pieniądze na konto, my ci przyślemy list z podziękowaniami, pokażesz znajomym i poczujesz się lepiej. A biedę zostaw nam. My się na niej znamy i wiemy, czego potrzeba. A potrzeba wszystkiego, pamiętaj. Wszystkiego, tylko nie ciebie.

 Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka