Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Nie odkładaj myślenia na później

Parafrazując reklamę społeczną, która ostatnio bije rekordy popularności wśród internautów: zdążyłam obejrzeć cały Latający Cyrk Monty Pythona, zdążyłam zrozumieć teorię względności, ale nie zdążyłam pojąć, jak głupotę można nazwać kontrowersją.

Reklama społeczna Fundacji Mamy i Taty – pokazująca zamożną, robiącą karierę kobietę, która w ferworze pracy i rozrywek nie zdążyła zostać matką, jest przynajmniej szkodliwa, choć chętniej napisałabym, że po prostu głupia. Z całkiem szczytnej idei – nakłonienia społeczeństwa do chwili refleksji nad swoim życiem, rolą rodziny, rodzicielstwa – zrobiono dowcip. W dodatku taki, z kategorii „nieśmieszny nawet po dwóch piwach”.

Nieśmieszny, bo bazujący na poważnych i jak najbardziej realnych problemach: polskie społeczeństwo się starzeje, przyrost naturalny jest znacznie niższy niż śmiertelność, bezpłodność dotyka ponad 20 procent par, a wiele osób nie zostanie rodzicami, ponieważ zwyczajnie nie mogą sobie na to pozwolić. A z reklamy można zrozumieć, że nieposiadanie dzieci to czysty egoizm, wynikły z faktu, że kobiecie zachciało się kariery i idącej za nią stabilizacji finansowej. Wybrano łatwy cel – uderzmy w stereotyp, a wszyscy będą zadowoleni. W końcu nikt nie lubi tych wypindrzonych bab z narożnych biur wielkich firm, jeżdżących drogimi samochodami, za które same zapłaciły. Dlatego pokażmy to na ich przykładzie, niech się społeczeństwo nieco poznęca, w końcu niewielu będzie znało takie kobiety naprawdę.

Bo ile tak naprawdę jest takich kobiet w niemal 40-milionowym społeczeństwie? Kobiet, które zrobiły naprawdę duże kariery, którym tak zależało na sukcesie, że nie chciały swego czasu podzielić na pracę i dom? Niech będzie nawet, że kilka tysięcy. Niech będzie, że kilkanaście tysięcy. Czy ich ewentualne dzieci zmieniłyby coś w statystyce? Raczej nie. Poza tym większość kobiet ze świecznika ma dzieci. Ma, bo je na to stać.

Bo problem dzietności nie leży w egoizmie, zafascynowaniu światowym życiem czy potrzebie zrobienia kariery, tylko w prozaicznych cyfrach. Problemem jest brak stabilności zawodowo-finansowej i nietrwałość relacji damsko-męskich. Bo jak myśleć o dzieciach, kiedy pracuje się na śmieciowej umowie bez szansy na urlop macierzyński? Jak rozważać powiększenie rodziny, kiedy mieszka się kolejny rok kątem u rodziców, bo co innego zrobić, kiedy nie ma się własnego mieszkania, wynajem to jedna pensja, a zdolności kredytowej brak? Jak oddać się radosnemu rodzicielstwu, kiedy do państwowych przedszkoli dostaje się niespełna połowa dzieci w wieku przedszkolnym, a koszt tych prywatnych zwykle oscyluje w okolicach tysiąca za miesiąc?

Rozumiem, że reklamy skierowanej do tej grupy nikt nie nakręci? W końcu nie można byłoby w niej pokazać ekskluzywnego domu i szafować hasłami o Paryżu lub Tokio. Trzeba byłoby ją nakręcić w 5-metrowej kuchni jednego z polskich blokowisk, a zamiast o światowych stolicach mówić o rachunkach za prąd, debecie na koncie i fakcie, że obiecywany od dwóch lat etat rozmywa się niczym nocna mgła. Jak brzmiałby wówczas slogan? Zdążyłam dowiedzieć się, że moje życie jest ciężkie i zdążyłam zrozumieć, że nie chcę, by życie mojego dziecko było takie samo? Pokażcie mi agencję, która podjęłaby się przekonania ludzi, którzy nie widzą szansy na płatny urlop, nie wiedzą, czy kiedykolwiek będą mieli własne M2 i kilka złotych na czarną godzinę, by świadomie zdecydowali się na dzieci.

Ale zdaje się, że słowo „świadomie” dość dobrze wpasowuje się w cały dyskurs i „kontrowersje”, jakie wzbudza kampania. Bo zdaniem pracowników fundacji celem spotu było wzbudzenie kontrowersji i pod tym względem reklamówka spisała się znakomicie. Choć mnie uczono innego znaczenia słowa „kontrowersje”, w którym to znaczeniu głupota nie pojawiała się na pierwszym miejscu listy skojarzeń. Dlatego świadomie napiszę, że tak naprawdę jest to po prostu spot wymierzony w kobiety. Kobiety, które chcą decydować o swoim życiu. Po wejściu na stronę internetową fundacji i pojawiają się informacje dt. antykoncepcji hormonalnej i jej skutków. Naturalnie skutków negatywnych. Na stronie fundacji można przeczytać, że jednym z założonych celów kampanii jest to, by cyt.: osadzić antykoncepcję hormonalną w kontekście w jakim rzadko pojawia się w dyskursie publicznym. Nie jako źródło wolności, ale jako narzędzie opresji wobec pragnienia bycia mamą.

Czyli wystarczy odstawić pigułkę, by móc radośnie i bezproblemowo zostać matką? By zniknęły wszystkie przeszkody, suma na koncie rosła z dnia na dzień w postępie geometrycznym, wyczekiwany płatny urlop przestał być mrzonką, a pokoik dla dziecka samoistnie wyrastał w nowym mieszkaniu? Z pewnością odstawienie antykoncepcji hormonalnej sprawi również, że raptem zaczną pojawiać się świetni kandydaci na ojców – młodzi, zdrowi, przystojni i chętni do zajmowania się licznym potomstwem w stopniu nie mniejszym nić ich partnerki.

Antykoncepcja nie jest opresyjna. Opresyjne jest naciskanie na kogokolwiek, by zdecydował się na dzieci. Opresyjne jest usilne przekonywanie, że rodzicielstwo jest jedyną słuszną drogą życiową dla każdej kobiety. Kobiety, bo o ewentualnym ojcu nawet nikt nie zająknął się w tym niby społecznym spocie. Z niecierpliwością czekam na dalszą odsłonę kampanii, która być może zaprezentuje publiczności zło wypływające ze sztucznej kontroli narodzin i kierując się przykładami wojen propagandowych pokaże jasny, przyjazny świat pozbawiony antykoncepcji, jednocześnie ładnie zamalowując wszelkie wypływające z niego problemy, jak choćby podziemie aborcyjne, mordowanie noworodków czy samobójstwa ciężarnych kobiet. Może pracownicy fundacji wykonają tę tytaniczną pracę i zajrzą do podręczników historii, by przekonać się, jak wyglądało życie ludzie, którzy nie mogli mieć wpływu na własną rozrodczość.

Pod jednym względem kampania Fundacji Mamy i Taty odniosła sukces – pokazała, że można posunąć się do wszystkiego, by przeforsować własne interesy. Można użyć do tego nawet rodzicielstwa. W dodatku wydać na to pieniądze, które społeczeństwo przekazało w dobrej wierze organizacji pozarządowej. Szkoda, że nie wydano tych pieniędzy na bezpłatne obiady dla niedożywionych dzieci, których wedle ostatniego raportu jest już w Polsce około 10 procent. Ale te dzieci były pewnie za mało malownicze na reklamę.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka