Polscy niepełnosprawni to wyjątkowo zamożni ludzie. Zazwyczaj jeżdżą olbrzymimi SUV-ami po minimum 300 tysięcy za sztukę – taki wniosek można wysnuć przyglądając się parkingom przy centrach handlowych. Mój znajomy zwykle tłumaczy to słowami, że tam parkują ci, którzy mają niepełnosprawne sumienia.

Już 800 złotych – tyle od dwóch miesięcy wynosi mandat za bezprawne zaparkowanie na miejscu dla osób niepełnosprawnych. Kierowca może rozstać się nawet z tysiącem, jeśli dodatkowo będzie posługiwał się fałszywymi dokumentami uprawniającymi do korzystania z takiego miejsca. Kłopot w tym, że prawo o ruchu drogowym działa na wielkich parkingach przy centrach handlowych tylko wówczas, jeśli ich właściciel ustawi znaki: strefa ruchu. W innym wypadku – hulaj dusza, piekła nie ma. I już można stawiać swoje wielkie samochody możliwie blisko wejścia, by stopy odziane w nowe buty nie zmęczyły się zbytnio przemierzając długie metry parkingu. Można parkować na szerokich miejscach dla rodzin z dziećmi, bo przecież są one bardziej potrzebne właścicielom błyszczących nowością BMW i mercedesów niż tym nudnym, znużonym życiem rodzicom, którzy muszą wyciągnąć dzieci z fotelików, rozpakować ich wózki, torby, nie zapomnieć o piciu, wafelku i ulubionej maskotce pociechy. A poza tym, kiedy ma się pieniądze, to chyba się należy, nie?

Kilka lat temu, na parkingu przy pewnym multipleksie, widziałam stojące obok siebie cztery audi Q7, wszystkie jak jeden mąż zaparkowane na kopertach. Naturalnie żaden samochód nie miał znaczka wskazującego, iż należy do inwalidy. Fakt, że za jeden z tych wozów trzeba było zapłacić około 300 tysięcy złotych świadczy dobitnie o tym, iż ich właściciele jednak potrafili czytać i byli w stanie zauważyć wielki znak: miejsce postojowe dla niepełnosprawnych. To samo zresztą tyczy się miejsc wyznaczonych dla rodzin z dziećmi. Na własne uszy słyszałam, jak pewna kobieta zachęcała znajomych, by poszli jej śladem i odkupili od kogoś za kilka złotych używany fotelik samochodowy, dzięki czemu będą mogli bez problemu zostawiać samochody przed samym wejściem do sklepu. – No przecież nie będziesz nosić siat kilometrami, kiedy możesz stanąć tak blisko – mówiła znajomej, całkowicie ignorując fakt, że kobieta była wyraźnie zniesmaczonej pomysłem.

Wyjątkową pomysłowością wykazują się również twórcy stron internetowych, na których można znaleźć porady, jak wymigać się od mandatu za parkowanie na kopercie. I choć otwarcie nie zachęcają do łamania przepisów, to jednak podpowiedzą różne kruczki prawne, które pomogą bezkarnie zajmować miejsca przeznaczone dla inwalidów. Zarówno te przy drogach publicznych, jak i prywatne, należące na przykład do sklepów.

Większość centrów handlowych bardzo dba o to, by na ich wielkopowierzchniowych, a często też wielopoziomowych parkingach były właściwie oznaczone miejsca dla uprzywilejowanych. Czasami nawet z megafonów ten lub inny kierowca zostanie upomniany i poproszony o zabranie swojego auta z miejsca dla niepełnosprawnych, ale tak naprawdę na tym koniec. Teoretycznie, jeśli parking jest oznaczony jako strefa ruchu, jego obsługa ma prawo wezwać policję lub straż miejską, która nałoży mandat, założy blokadę lub odholuje tak zaparkowany samochód. Pracujący dla tych handlowych molochów spece od PR chętnie opowiadają w mediach, jakie to na ich parkingach przestrzega się przepisów, jak bezwzględnie respektuje potrzebę wszelkiej pomocy osobom, które mają utrudnione możliwości poruszania się. Jednak rzeczywistość daleko odbiega od deklarowanej publicznie poprawności politycznej. – Moja była szefowa powiedziała to kiedyś otwarcie: zadzwońcie po policję, a wywalę was z pracy – opowiadała mi koleżanka, która przez szereg lat pracowała w dyrekcji jednej z modnych galerii handlowych. – Przecież po czymś takim stracimy klienta, zazwyczaj zamożnego klienta, bo zauważ, że tak nie parkują właściciele 20-letnich skód, tylko ludzie w samochodach, za cenę których można kupić mieszkanie. Jeśli taki klient obrazi się na nas, z nim odejdą jego znajomi, to my stracimy. A kiedy mowa o zysku, etyka schodzi na dalszy plan.

Tysiące artykułów w prasie, mediach elektronicznych, setki telewizyjnych reportaży nie zmieniają zupełnie nic. Pewna zmiana zaistniała po głośnej kampanii społecznej „Zabrałeś moje miejsce, zabierz moje kalectwo”, do której wraca się corocznie 20 marca z okazji Światowego Dnia Inwalidów i Ludzi Niepełnosprawnych. Jednak aby takie akcje przyniosły trwały skutek, musiałby być prowadzone cyklicznie i przez długi czas, a nie przez jeden dzień w roku. Jaki jest zatem sposób na to, by raz na zawsze zakończyć tę parkingową wolnoamerykankę?

W moim odczuciu tylko jeden – traktować wszelkie miejsca, po których poruszają się samochody, jako drogi publiczne, podnieść mandaty za nieuzasadnione parkowanie na kopertach do kwoty dwóch średnich krajowych, a tym z niepełnosprawnym sumieniem dać wybór: płacą mandat, albo przez jeden dzień funkcjonują jak osoba niepełnosprawna pozbawiona wszelkiej pomocy. Tak, by z usztywnioną nogą, umożliwiającą jedynie poruszanie się o kulach lub wózkiem inwalidzkim, musieli załatwić sprawy urzędowe, pójść na pocztę, zrobić zakupy i wykonać masę innych czynności, które tak bezproblemowo wykonują każdego dnia. Może wówczas zrozumieją, dlaczego możliwość szerokiego otwarcia drzwi jest taka istotna, skąd bliskość koperty do wejścia, z jakiego powodu nie należy parkować przy samym podjeździe dla wózków i jak źle musi czuć się człowiek, który styka się z tym każdego dnia.

Obawiam się tylko, że ten pomysł nigdy nie zostanie zrealizowany, bo zamiast wpływów do budżetu generowałby koszty. A jak to już zostało powiedziane: kiedy mowa o zysku, etyka schodzi na dalszy plan.

 Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka