Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Obserwator

– Drodzy rodzice, nie wierzcie we wszystko, co wasze dzieci opowiadają wam o przedszkolu. Z naszej strony obiecujemy nie wierzyć we wszystko, co opowiadają nam o swoich domach – brzmiał napis na kartce powieszonej na drzwiach pewnego przedszkola.

– Mamo spójrz, czy to jest baran za kierownicą? – zapytała moja latorośl, a ja doznałam nagłej potrzeby zapadnięcia się pod ziemię.

– Nie kochanie, to pan – odpowiedziałam i próbowałam jak najszybciej oddalić się w kierunku własnego samochodu i odjechać z miejsca tego niefortunnego wypadku.

– Ale jest za kierownicą, więc baran – nie dawało za wygraną dziecko.

Baran pojawił się w naszym życiu kilka dni wcześniej, kiedy to odwożąc rano córę do przedszkola musiałam gwałtownie zahamować, ponieważ z bocznej uliczki wyjechał sobie jakby nigdy nic dostawczak, którego kierowca nie dość, że miał w głębokim poważaniu zasady ruchu drogowego, to w dodatku radośnie rozmawiał przez telefon.

– Baran – powiedziałam możliwie, ale jak się okazało, niewystarczająco cicho.

– Jaki baran mamo – żywo zainteresowało się dziecko. To samo dziecko, które nie słyszy, kiedy dziesiąty raz pytam je, co chce zjeść na obiad, nie ma pojęcia, że przez ostatni kwadrans proszę je, by wróciło do domu z ogrodu, a tym bardziej nie dociera do niego stwierdzenie: to już ostatnia bajka. Nie słyszy nic, jest głucha jak pień na niemal każdą moją prośbę, radę, czy sugestię. Ale barana musiała usłyszeć, oczywiście, że musiała. Ba, nie tylko usłyszeć, ale też zapamiętać.

W praktyce wygląda to tak, że niemal nic z rzeczy, które próbujemy jej przekazać celowo, nie zostaje zapamiętana, ale ta masa przypadkowych stwierdzeń zapada się głębiej niż jądro umierającej gwiazdy. Był moment, kiedy zastanawiałam się nad tym, czy policja lub przynajmniej jakiś pracownik MOPS-u nie zapuka do moich drzwi, po regularnych stwierdzeniach mojego dziecka: – Mamo, tu jest piwo, piwoooooo, kup mamo piwoooo. Wszystko zaczęło się niemal rok temu, kiedy to robiąc zakupy z córą przypomniałam sobie, że wieczorem ma wpaść koleżanką i pewnie chętnie wypijemy po piwie w ten upalny dzień. Włożyłam do wózka dwa piwa, dosłownie dwa piwa i co ciekawe zrobiłam to po raz pierwszy i jedyny przy moim dziecku. Ale to wystarczyło. Przez kolejne dziesięć miesięcy przynajmniej co druga wizyta w sklepie kończyła się okrzykami mojej córy na temat piwa. Kilka razy nawet tłumaczyła przypadkowym klientom, że mama uwielbia piwo, a wypowiadając „uwielbia” głaskała się po brzuszku.

W ogóle słowo „uwielbiam” lub „uwielbia” pada w setkach różnych, nie zawsze rozumianych przez dziecko stwierdzeń. „Uwielbia” samochód mamusi, lody czekoladowe i dinozaury. Ale uwielbia też patyki, błotko i wodę w kranie. Mój szczególny podziw wzbudza uwielbienie dla wody w kranie. Z drugiej strony to właśnie wodzie w kranie zawdzięcza stworzenie pierwszej relacji przyjacielskiej, kiedy to wraz z inną dziewczynką, niezauważone przez przedszkolankę, zamknęły się w łazience, zatkały papierem umywalkę i odkręciły wodę, czego wynikiem była na szczęście tylko zalana podłoga, a skutkiem ubocznym prawdziwa przedszkolna sztama.

Jeżeli chcesz wiedzieć kim jesteś, zapytaj o to swoje dzieci. Nawet Google nie wie o tobie tyle, co one. Są przy tobie niemal non stop i patrzą, przyglądają się, oceniają nieustannie. Ja na przykład ostatnio dowiedziałam się, że… jestem kobietą. W dodatku kobietą, która lubi i celebruje swą kobiecość, a przekonała mnie o tym córa, która niepostrzeżenie zakradła się do mojej sypialni zaczęła bawić się „w mamusię”. Kiedy po dłuższych poszukiwaniach zajrzałam do swojego pokoju, ujrzałam dziecko siedzące na podłodze, z moim biustonoszem okręconym wokół szyi, wymalowaną jak kobiety z późnych portretów Picassa. Wokół walało się pełno bransoletek i naszyjników, a moje dziecko rozparcelowywało kolejne pudełka z butami, mówiąc z uznaniem pod nosem: oooo, ładne.

Niedawno, kiedy przyjechałam po córkę do przedszkola, zakradłam się cicho do jej sali, by popatrzeć, jak się bawi. Maluchy budowały z klocków, rysowały, chłopcy udawali samochody wyścigowe, a kilka dziewczynek tańczyło w kółeczku. Z tkliwością patrzyłam na swoje dziecko siedzące przy niziutkim stoliku i z zapałem wycinające coś z kolorowego papieru. Wtem podszedł do niej na czworakach jeden z udających samochody chłopców. Moja córa oderwała się od nożyczek, spojrzała na niego z góry i powiedziała: – Atawizm.

Naprawdę muszę zaopatrzyć się w przenośne dziury. Pamiętam, że na kreskówkach Warnera Królik Bugs wykorzystywał je regularnie. Widocznie też miał dzieci.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka