Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Oscar a sprawa polska

Oscar dla Polski – krzyczą nagłówki z każdej strony. Dla Polski? To już tak spadł nam przyrost naturalny, że jednego reżysera, grupę aktorów i grono ludzi z produkcji uważa się za Polskę?

Mam wewnętrzną niezgodę na podszywanie się pod czyjś sukces. Z całego serca gratuluję Adamowi Małyszowi wszystkich jego sukcesów, podziwiam Agnieszkę Radwańską i Rafała Sonika, łzy kręciły mi się w oczach, kiedy upór i talent doprowadziły Roberta Kubicę na najwyższe podium F1, ale wzruszenie ustępuje zażenowaniu, gdy tylko ich triumf zmienia się w polski triumf, a nawet – triumf Polski. Czy tak bardzo potrzebujemy społecznego sukcesu, że próbujemy uszczknąć co nieco z sukcesu wypracowanego przez jednostki? W dodatku często wypracowanego bez jakiegokolwiek poparcia tejże Polski, a zdarza się, że wręcz przeciwko niej?

Czy Justyna Kowalczyk i jej osiągnięcia są sukcesem Polski? Czy jej wytrwałość, wola walki, umiejętność przełamywania samej siebie są wynikiem informacji w dowodzie osobistym: obywatelstwo polskie? Czy raczej faktu, że jest niezwykłą, nieprzeciętną osobą. I oczywiście cieszmy się jak szaleni, że swoje medale zdobywa z orzełkiem na piersi, bo pewnie nie raz i nie dwa mogła tego orzełka zamienić na dowolne godło. Ale choć na zawodach reprezentuje Polskę i to słuchając naszego hymnu odbiera kolejne medale, to jednak są to medale Justyny Kowalczyk, nie narodu. Bo to nie naród pokonuje setki kilometrów w forsownych treningach i nie naród leczy kontuzje.

Łakniemy sukcesu, potrzebujemy go za wszelką cenę, bo wciąż mamy się z jakiegoś powodu za gorszych. Czasami to poczucie bycia gorszym paradoksalnie urasta do przekonania o byciu lepszym, najlepszym, wręcz wyjątkowym. Rodzi się nowa martyrologia i krok już tylko do zakrzyknięcia za Słowackim: Polska Winkelriedem Narodów!

A wraz za tą wizją wyjątkowości idzie jednoznaczne określenie co jest i co może być polskie. A polskie lub antypolskie może być wszystko, każdy głos zadający pytania, każda postawa odbiegająca o krok od jedynego właściwego wyobrażenia polskości. To rys romantyczny, jaki wciąż mamy w swojej kulturze. Przekonanie, że „Polska to jest wielka rzecz” jak mówi słowami Poety Wyspiański. Wielka, jedyna i wszystko się do niech odnosi. Nawet to, co się nie odnosi, też musi się odnosić.

 Już w mediach rozgorzała dyskusja o antypolskości oskarowej „Idy”, w której to dyskusji nie zapomniano wypomnieć jej reżyserowi żydowskiego pochodzenia. Padły wielkie słowa, w tym: nie chcemy tego Oskara! Jak to nie chcemy tego Oskara? To szanowni państwo redaktorzy otrzymali jakiegoś Oskara, że go teraz nie chcą? Idąc tym tropem rozumowania można śmiało stwierdzić, że nie życzy się sobie dowolnej rzeczy, której nikt nam nie zaoferował. Nie życzę sobie nowego Porsche, pani nie życzy sobie futra z norek, a pan być może Airbusa w garażu. Nie życzyć sobie można praktycznie wszystkiego, szczególnie, kiedy ma się zerowe szanse na otrzymanie tegoż.  Ale nie życzyć sobie dowodu uznania cudzych zasług, to już myśl bardziej zawiła niż fizyka kwantowa.

Życzę Polsce sukcesu. Życzę by nazwa naszego kraju kojarzyła się z czymś wyjątkowym, nieprzeciętnym. By tak, jak po słowie” Holandia” przed oczyma stawały najpiękniejsze tulipany świata i miasta pełne rowerów, jak po „Japonia” pojawiała się wizja kosmicznego rozwoju technologii, a po wypowiedzeniu krótkiego „bella Italia” usta układały się w mimowolny i błogi uśmiech, również Polska kojarzyła się jednoznacznie z czymś wyróżniającym nas na tle innych państw i narodów. Ale ta wyjątkowość musi być wspólnym wysiłkiem. Czymś takim, jak niegdyś Solidarność. Czymś, czym jest teraz Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która rok rocznie wciąga w swój nieziemski wir niemal całe społeczeństwo. I za to możemy odbierać laury dla całego społeczeństwa. Dzięki takim akcjom możemy mieć się za wyjątkowych, nieprzeciętnych i godnych wszelkiej chwały. A nie dzięki sukcesowi jednego czy drugiego człowieka. Sukcesowi wielokrotnie nie mającemu żadnego związku z tym, czy dana osoba urodziła się jeszcze w obrębie Polski, czy może dwa kilometry za jej granicą. Bo czy piąta symfonia brzmiałaby inaczej, gdyby Beethoven zamiast w Wiedniu napisał ją w Paryżu? I czy jej doniosłość jest sukcesem wszystkich poddanych austriackiego cesarza, czy może jedynie wyjątkowego talentu jej kompozytora?

Dlatego gratulujmy Pawłowi Pawlikowskiemu Oskara, wznieśmy toast za Małgosię Szumowską i jej Srebrnego Niedźwiedzia, wiwatujmy, gdy nasi sportowcy zdobywają trofea, bo w Polsce żyje 38 milionów ludzi i takie sukcesy będą się zdarzały choćby w wyniku błędu statystycznego. Ale sami chwalmy się tym, czego nam udało się dokonać, nie innym.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka