Produktywność to zmora, koszmar współczesnego funkcjonowania. Musisz być produktywny. Produktywnie pracować i produktywnie wypoczywać. Nieproduktywność to lenistwo, gnuśność, tracenie szans, pozwalanie życiu przeciekać przez palce. A może da się tak jeszcze całą rzecz obrócić w żart?

Moje nieróbstwo wzbudza niepokój. Przypuszczam, że przede wszystkim mój, bo znajomi – informujący na Facebooku o 9 rano, że są już po dwugodzinnej sesji na siłowni, a teraz przygotowują zdrowe śniadanie z plonów z własnego ogródka, niewątpliwie się tym cieszą. Są produktywni, nie marnują czasu, życia, korzystają! Ja nie korzystam. Gdybym mogła nie budziłabym się przez 10, a zamiast na siłowni chętnie robiłabym dwugodzinne sesje patrzenia w ścianę. Nie uprawiam ogródka, bo naprawdę szkoda mojego czasu dla tych trzech metrów kwadratowych, nie mam karnetu do klubu fitness, na basen, rower wyciągam, gdy jest ładna pogoda, a konno jeżdżę, gdy akurat muszę coś przemyśleć. Można mnie pokazywać palcem i powtarzać, że ta to z życia nie umie korzystać.

Marlin Mann, człowiek, który stworzył popularna filozofię produktywnej pracy „Inbox Zero” i przez szereg lat był guru dla całego zabieganego pokolenia, po latach przyznał się do porażki. Na blogu, który powstał po tym, jak Mann nie wywiązał się z napisania zakontraktowanej książki, ten człowiek sukcesu opisał jaką zmorą stała się dla niego samego produktywność. Opisał brak czasu dla siebie, ale również dla rodziny, świadomość, że nic mu nigdy nie wróci lat, kiedy dorastała jego córka. Lat, które przeoczył goniąc za doskonałą produktywnością.

Psycholodzy biją na alarm. – Funkcjonuje przekonanie, że powinniśmy być nieustannie dostępni, ciągle skupieni na jakimś typie pracy – przekonuje w publikacjach Michael Guttridge, psycholog pracy. – To powoduje, że każda, nawet najbardziej oczywista i niezbędna aktywność, jak spacer po parku, są zagrożeniem dla poczucia dostępności. W ten sposób nie odchodzimy od naszych miejsc pracy, jemy przy komputerach, rozmawiamy przy komputerach, a zamiast realnie odpocząć spędzamy czas na portalach społecznościowych przekonując się w duchu, że nie bierzemy na siebie za wiele, ale jesteśmy wielozadaniowi.

Nie, nie jesteśmy wielozadaniowi. – Niczego w życiu nie zrobiłam wystarczająco dobrze – stwierdziła Kate Mulgrew, aktorka wcielająca się w rolę Kathryn Janeway, kapitana okrętu Voyager z popularnej serii „Star Trek”. Jej rozmowa z Williamem Shatnerem, w której opowiadali o trudach pracy na planie i wyrzeczeniach, jakie się z tym wiążą, sprawiła, że inaczej spojrzałam produktywność. Oboje mówili o przeciągającej się w nieskończoność pracy, o spędzaniu na planie filmowym kilkunastu godzin dziennie po pięć, sześć dni w tygodniu. Poza pracą na planie byli zobowiązani do udziału w promocji serialu, co łączyło się z częstymi wyjazdami. I tak powoli tracili rodziny, dla których nigdy nie mieli czasu, z sezonu na sezon tracili też przede wszystkim poczucie sensu. Do tego prasa, telewizja, wywiady. Uśmiechy, konwenty i autografy. A gdzie czas na życie? Ale też – gdzie czas na kreatywność?

Bo produktywność i kreatywność naprawdę rzadko idą w parze. Niedawno dowiedziałam się dlaczego, aby poradzić sobie ze skomplikowanym zagadnieniem, muszę iść pod prysznic. Stosowałam tę metodę od lat, instynktownie czując, że kwadrans pod prysznicem pomaga mi przełamać impas w pisaniu, nigdy jednak nie wiedziałam jak się to dzieje. Okazuje się, że nie tylko ja stosowałam tę metodę a podobne pytanie: dlaczego prysznic pomaga w pracy umysłowej?, zadali sobie naukowcy, a konkretnie neurolodzy. Alice Flaherty, neurolożka badająca kreatywne możliwości mózgu twierdzi, że to efekt wydzielania dopaminy. Po prostu sprawiając sobie przyjemność, a ciepły prysznic należy traktować w kategoriach przyjemności, poprawiamy przepływ dopaminy przez komórki nerwowe, co ma bezpośredni wpływ na wzmocnienie kreatywności, a co za tym idzie – na rozwiązanie problemu. Nie bez znaczenia jest też poczucie odcięcia się od rzeczywistości i skupienia na własnej przyjemności. To powoduje, że nasz mózg czuje się „dopieszczony” i usprawnia swoje funkcjonowanie.

Bo produktywność jest bardzo zaborczym bożkiem. Daje dużo, ale przede wszystkim w kategoriach ilościowych. Dlatego może zamiast chcieć ciągle więcej, można by tak po prostu chcieć lepiej?


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka