Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Przecież nic się nie dzieje

– Zmarł Tadeusz Konwicki – przeczytałam w telefonie, postawiłam kawiarkę na płycie i włączyłam prąd. Między wyciąganiem jogurtu z lodówki, a myciem kubka, przypomniałam sobie film, w którym Konwicki wraz z Gustawem Holoubkiem rozmawiali o swoim świecie, którego już nie ma. Dwaj starsi panowie na ławeczce, w tak brzydko-zimowej scenerii, jaką mamy teraz.

Jeszcze gdzieś przemknęła mi myśl, że przecież już dawno wydawało mi się, że nie żyje. Jak niegdyś pewnej pani w sekretariacie UW, która była pewna, że profesor Juliusz Gomulicki to już od lat tylko pył i nazwisko na książkach, a tu ma spotkanie z nim zapowiedzieć. – Przez moment myślałam, że ktoś mnie robi w balona – przyznała mi się szeptem, nie przestając jednocześnie oklaskiwać prelegenta.

Sylabizuję wierszyki Tuwima, ustawiam wieżę z klocków i zastanawiam się, czy robienie dzisiaj obiadu ma jakikolwiek sens, kiedy w paryskiej gazecie trzech szaleńców zabija rysowników. Padają strzały, leje się krew – czytam o tym ukradkiem i nie przestaję rysować słoneczek, kwiatuszków, kotków i piesków. Gdzieś we mnie tli się przerażenie, bo ktoś rzucił się z siekierą na wolność słowa, a jeśli w coś jeszcze wierzę, to chyba tylko w to. Mimo to wychodzę nakarmić psy, otwieram podręczniki do nauki języka, gotuję szpinak, marchewkę, zaparzam herbatę i tańczę do Teletubisiów – przecież moja rzeczywistość się nie zmieniła.

Kiedy Michał Hernik zasypiał na słońcu 20 kilometrów przed metą etapu Rajdu Dakar, mi właśnie padł akumulator w samochodzie. Wszystkie plany dały w łeb. Miałam jechać, załatwiać, kupować, tankować, odbierać, zabierać, a tu nic. Próbując w durnej nadziei odpalić po raz piąty myślałam sobie, że co, gdyby to był mój mąż? Gdyby też tak się uparł, jak uprzeć się potrafi, że chce jechać, że musi się sprawdzić, obiecał, że da radę, ale nie dał. Tam gdzieś też pewnie jest jakaś żona, a jej dotychczasowy świat się skończył. Ale nie myślałam już o tym, bo nie mogłam pojechać, przywieźć, zawieźć, oddać i odebrać i musiałam coś przecież z tym zrobić.

Nie myślałam też o samolocie zestrzelonym nad Ukrainą – zdjęcia uśmiechniętych twarzy dzieci, które były na pokładzie, przyprawiały mnie o mdłości ze strachu. Tak samo nie myślę o Doniecku, Syrii i Palestynie. Nie czytam o masakrach w amerykańskich szkołach, Breiviku i nastolatkach, którzy zabili rodziców. Bo trzeba żyć. Codziennie, zwyczajnie, prozaicznie. Jak kupcy z Galaty, którzy rozstawiali swe stragany, chociaż krzyżowcy plądrowali Konstantynopol i wyrywali złote posągi z posadzek Hagii Sophii.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka