Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Przepraszam, awaria

– Jak dziecko we mgle – tyle mogę powiedzieć o sobie, kiedy odetnie się mnie od telefonu, wi-fi, gps’a i setek innych wynalazków. Brak prądu dłuższy niż kwadrans wywołuje atak paniki. Czy tworząc te wszystkie nowoczesne udogodnienia na założyliśmy sobie jednocześnie pętli na szyję?

Tego dnia na szczęście obudziłam się wcześniej i zdążyłam wziąć prysznic oraz wysuszyć włosy, zanim stało się TO. TO, czyli planowa przerwa w dostawie prądu. Planowa – tak usłyszałam od pracownika pogotowia energetycznego. – Przepraszam, ja niczego nie planowałam – cisnęło mi się na usta. Ponoć były jakieś ogłoszenia. Ponoć już od dłuższego czasu. – Jakie ogłoszenia, niczego nie dostałam? – No, ogłoszenia na słupach się wywiesza – odpowiedział mi mężczyzna i jestem przekonana, że mówiąc to pomyślał jednocześnie: blondynka. Słupy, słupy…, kiedy ja ostatnio widziałam jakiś słup z ogłoszeniami, a tym bardziej zwróciłam uwagę na to, co na nim mogło się znajdować? Informacje dostaję smsem, mailem, poprzez komunikator, no w najgorszym wypadku tradycyjną pocztą, ba! – kiedyś nawet przyniósł mi do redakcji informację pies, ale na słupie? Tego jeszcze nie grano.

Kiedy już dowiedziałam się, że planowa przerwa potrwa minimum cztery godziny, musiałam coś z tym czasem zrobić i przede wszystkim postarać się przeżyć. Podstawowym problemem był brak kawy. Jestem totalnie i całkowicie uzależniona od kofeiny. Zazwyczaj pierwszą kawę robię zanim jeszcze porządnie otworzę oczy. Tym razem poszłam pod prysznic. Zamiast zrobić kawę poszłam pod prysznic. Głupoto ludzka, ty naprawdę uskrzydlasz, bo na co mi czyste włosy, kiedy nie mam kawy?

Po obejrzeniu dokładnie i kilka razy ekspresu do kawy oraz kawiarki i przekonaniu się, że nie ma żadnej, nawet najmniejszej szansy by same z siebie, bez udziału prądu, zrobiły mi kawę, musiałam znaleźć inne rozwiązanie. Na myśl przyszła mi restauracja oddalona o zaledwie kilka minut jazdy samochodem. Już odetchnęłam z ulgą, kiedy dotarło do mnie, że planowa przerwa w dostawie prądu mogła dotknąć również to miejsce. Nic łatwiejszego niż sprawdzić! Biorę do ręki telefon, google, wpisuję nazwę knajpy i już…, prawie dobrze, bo przecież nie mam prądu, więc nie mam wi-fi, a durny traf chciał, że akurat wykorzystałam cały miesięczny przydział danych komórkowych. – Jestem w piekle – przebiegło mi przez myśl, gdy wciąż jak sroka wgapiałam się w pusty ekran telefonu. Co więcej bateria była już na wyczerpaniu, o czym komórka dawała znać przeciągłym dzwonieniem.

W akcie desperacji zadzwoniłam do męża. Naprawdę wstyd mi było prosić, by zatelefonował do restauracji z pytaniem czy mają prąd, ale kawa jest ważniejsza od wstydu. Na szczęście najlepszy z mężczyzn nie próbował rozwiązywać zawiłości mojej pozbawionej kofeiny logiki i po kilku minutach, niemal w ostatniej chwili życia mojego telefonu, poinformował mnie, że restauracja działa i ma prąd, choć nie w menu. Zgarnęłam torebkę, buty zakładałam w biegu, aż wreszcie stanęłam jak wryta przed własnym samochodem. – Przecież wszystko w nim, łącznie z zamkiem, jest elektryczne, a nie ma prądu! – dokładnie w tej chwili poczułam, że moje szaleństwo zaczyna przybierać formę, nad którą nie jestem już w stanie zapanować. Podbudowana myślą o nowym akumulatorze wsiadłam za kierownicę, przekręciłam kluczyk, nacisnęłam guzik otwierający bramę i…, i nic. Brama się nie otwiera. Nie porusza się nawet o centymetr, nie zważając zupełnie na to, że naciskam guzik raz po raz. Jeszcze gdzieś w środku łudziłam się, że może po prostu coś się zablokowało, ale nie, nic z tego – brama po prostu i zwyczajnie otwierała się na prąd. Ten sam, którego nie było.

Pozbawiona baterii w telefonie (brak kofeiny sprawił, że nie wpadłam na to, że w samochodzie leży ładowarka, a akumulator hula jak jubilatka na osiemnastce), możliwości otwarcia bramy, dotarcia do restauracji, której wizja rozmywała się z każdą sekundą, usiadłam zrozpaczona na podjeździe. Cały świat był przeciwko mnie. Nie mogłam wyjechać, nie mogłam się z nikim skontaktować, nie mogłam wreszcie napić się tej cholernej kawy, która w moich oczach urosła już do rangi Świętego Graala! Tak wyliczając zapadłam się w sobie. Ale kątem oka dostrzegłam małą klapkę na siłownikach otwierających skrzydła bramy. Tę samą, której moje dziecko kilka razy niemal już nie urwało. Pod klapką był otwór zakończony dziwnym zamkiem. Coś mówił mi ten zamek. Nie!, coś mówił mi człowiek, który montował te siłowniki! Coś o otwieraniu awaryjnym, że wówczas można…, no tak! Klucz! Zwykły, prosty, zagięty w jednym miejscu manualny klucz, który od niewiadomo kiedy leży w szufladzie ze sztućcami! Cudowny, wspaniały, całkowicie zwykły, totalnie prosty i idealny klucz! Mogłam otworzyć bramę, pojechać do restauracji, napić się kawy, zjeść śniadanie, przeczytać maile, naładować telefon i zrobić dziesiątki innych rzeczy, jakie machinalnie wykonuję każdego dnia, kompletnie nie zastanawiając się nad tym, że przecież kiedyś musiało istnieć życie bez internetu, że telefon stacjonarny w domu działał nawet, kiedy nie było prądu, a bramę otwierało się samemu, własnymi rękoma.

– Muszę koniecznie kupić turystyczną butlę gazową – mówiłam sama do siebie popijając gorącą kawę i delektując się wyśmienitymi rogalikami. A żeby nie zapomnieć o tym wyraźnie niezbędnym zakupie, zrobiłam sobie notatkę. W telefonie.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka