Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka: Puścić to z dymem

Jednym przyjście wyczekiwanej wiosny kojarzy się z baziami, powracającymi bocianami i możliwością spokojnego wylegiwania się w pierwszych ciepłych promieniach słońca. Dla mnie to dym, ogień i spalona ziemia.

Nie mam słów, którymi mogłabym określić coroczny proceder wypalania traw. Nie mam słów, którymi mogłabym nazwać ludzi, którzy się tego dopuszczają. Czarne, spalone zagony, wypalone do cna wały rzeczne i szkielety zwierząt, które zamroczone dymem nie zdążyły uciec z tego piekła mówią same za siebie. Czasami poza zwierzętami są to również ludzie – mieszkańcy stojących wśród pól domów, którzy próbowali ratować swój dobytek, upojeni wiosennym słońcem i alkoholem mężczyźni lub sami podpalacze, których zgubiła nagła zmiana kierunku wiatru i szybko zajmujące się suche trawy. Ale nie ważne kto ginie, każdego życia żal. Szczególnie, kiedy to życie kończy się przez czyjąś głupotę.

Tylko w tym roku, a minęły zaledwie trzy miesiące AD 2015, straż pożarna interweniowała ponad 20 tysięcy razy, starając się ugasić pola, łąki i nieużytki.  W samym województwie dolnośląskim zanotowano niemal 4500 takich przypadków, a w śląskim – 3500. Każda taka „interwencja” to również koszt. Jeden wyjazd straży pożarnej pochłania minimum kilkaset złotych. Załóżmy, że jest to 500 zł. Czyli tylko w tym roku wydano z budżetu państwa około 10 milionów złotych, by ugasić pożary wywołane celowo przez człowieka. 10 milionów, za które można doposażyć szkoły, połatać trochę pozimowych dziur w drogach, czy przeznaczyć na zwiększenie bezpieczeństwa publicznego. 10 milionów z naszych własnych portfeli, bo któż, jeśli nie my, na ten skarb państwa płaci? Ale nie, te 10 milionów poszło z dymem.

Celowo podłożony przez człowieka ogień zniszczył niemal 12 tysięcy hektarów ziemi. Ziemi, która poprzez wysoką temperaturę została wyjałowiona ze składników odżywczych. Tak – wyjałowiona. Bo choć tradycja mówi, że wypalanie pól je użyźnia, to prawda jest zgoła odwrotna – ogień pozbawia ją wszelkich składników odżywczych. Czyli jest to działanie, jakie możemy porównać do zaserwowania sobie chemioterapii jako środka upiększającego. Rozsądne, prawda?

Już jednorazowe wypalenie pola zmniejsza wartość plonów o 5 do 8 procent. Ogień niszczy rośliny motylkowe, co wpływa na rozrastanie się chwastów. Praktycznie całkowitemu zniszczeniu ulega warstwa próchnicy, a wraz z nią giną mikroorganizmy niezbędne do utrzymania żyzności gleby. Wysoka temperatura zabija dżdżownice i inne bezkręgowce spulchniające ziemię. Umierają żaby, jaszczurki, drobne gryzonie będące pożywieniem dla tak kochanych przez nas bocianów. Giną lisy, kuny, jeże i zwierzęta łowne. Spalają się mrowiska, a przecież mrówki i biedronki to nasi najlepsi sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami! Czyli najpierw je spalamy, by później, chcąc ustrzec plony przed szkodnikami, traktować je chemią. Czy ktoś mógłby wyjaśnić mi logikę tego?

Poza tym w pożarach giną ptaki. Ogień niszczy miejsca lęgowe, pali gniazda z całą ich zawartością. Miałam wątpliwą przyjemność zobaczyć takie miejsce po pożarze. Nadpalone truchła bażantów, które nie zdążyły schronić się przed ogniem, resztki śmierdzących, na poły zwęglonych piór unoszących się wraz z każdym podmuchem wiatru. Krajobraz po nierównej bitwie.

A zanieczyszczenie powietrza? W większości polskich miast przekracza normy o kilkaset procent. Wrocław przebija normę dwukrotnie, Kraków ponad trzykrotnie. Jakby mało narozrabiały wielkie zakłady przemysłowe, ruch samochodowy itp., to w dodatku wpuszczamy w atmosferę tysiące ton tlenku węgla i azotu pochodzące z wypalanych pól i łąk.

I w ten oto lekki sposób puszczamy z dymem nasze plony, pieniądze i zdrowie. Naprawdę wyjątkowo rozsądne działanie.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka