Kocham swój kraj i swoich krajan bardzo, ale za każdym razem gdy gdzieś z dala od granic PL spotykam większą grupę Polaków, rozważam, czy przypadkiem na moment nie zostać Eskimosem.

– Niech pani patrzy, Polakowi mówi, że tylko dwa drinki może wydać. Polakowi – powiedział zniesmaczony straszy pan i jakby kwestia drinków była zbyt lekka, dodał z obrażoną miną – I jeszcze cukru nam nie dają.

Ostatni urlop, ze względu na nieprzewidywalny i niezbyt pozytywny splot okoliczności, musiałam spędzić w wielkim międzynarodowym hotelu mieszczącym się na jednej z greckich wysp. Z zasady wybieram małe, przytulne lokale, nieco oddalone od głównych szlaków turystycznych, tym razem jednak zostałam postawiona przed faktem dokonanym i musiałam spędzać czas w 500-pokojowym molochu, którego mieszkańcy posługiwali się przynajmniej kilkunastoma językami, w tym również polskim. Ba, Polaków było tam całkiem sporo i choć stanowili znaczną, bardzo zauważalną grupę, to jednocześnie czuli się też grupą najbardziej pokrzywdzoną.

– Widziała pani w jakich pokojach umieszczono tych Anglików? Od razu widać, że mają nas za gorszych – oburzała się pani w średnim wieku, kompletnie nic nie robiąc sobie z faktu, że rzeczeni Anglicy po prostu zapłacili za swoje pokoje więcej niż ona za swój „economy apartment”, przez co mają do dyspozycji większe i lepiej wyposażone pomieszczenia. Pewny spisek stwierdzono również w hotelowej restauracji, gdzie bez wątpienia „lepsi” (czytaj: nie z Polski) goście otrzymywali lepsze wyżywienie. Jednak największym spiskiem okazał się fakt, że żaden z dostępnych w hotelu kanałów telewizyjnych nie relacjonował odbywającego się w tamtych dniach meczu polskiej reprezentacji. Na nic nie zdały się tłumaczenia pracowników recepcji i rezydentów, że grecka telewizja (podobnie zresztą jak nasza) transmituje jedynie mecze własnej reprezentacji lub te, będące wielkimi wydarzeniami na skalę światową, a nie rozgrywki z końca ligi. Brak możliwości obejrzenia meczu własnej reprezentacji położył się cieniem na całym urlopie Polaków.

Również w zapobiegliwych rodaków wymierzone były tabliczki informujące o tym, że nie ma czegoś takiego, jak „rezerwowanie sobie” leżaków poprzez położenie na nich z samego rana ręczników, a wszelkie pozostawione na długie godziny przedmioty będą z rzeczonych leżaków usuwane.  Opinii o ogólnym spisku i niechęci nie zmienił nawet fakt, że hotel zatrudniał kilkoro animatorów władających językiem polskim, a rzeczone dwa drinki na osobę obowiązywały również Holendrów, Rosjan, Francuzów i nawet wspomnianych Anglików z lepszych pokoi. Kilka lat wcześniej, w zupełnie innym hotelu i w innej części świata byłam przypadkowym słuchaczem dialogu, jaki nawiązali pomiędzy sobą dwaj ojcowie. – Mojej córce na pewno nie puściliby tego płazem – powiedział jeden z panów, a drugi przytaknął mu skwapliwie. Rozmowa dotyczyła faktu, że pewna kilkuletnia dziewczynka, goszcząca wraz z rodzicami w hotelu, tak nieuważnie wstawała od stołu, że zrzuciła i stłukła talerz. Kelner szybko sprzątnął resztki, a przepraszających rodziców uspokoił słowami, że nic się przecież nie stało. Jednak zdaniem naszych rodaków nic się nie stało, gdyż talerz stłukła Angielka, Niemka czy też obywatelka jakiegokolwiek innego zachodnioeuropejskiego kraju, bo gdyby zrobiła to mała Polka, to bez wątpienia kelner postawiłby ją do kąta, a w dalszej kolejności wydalił jej rodzinę z hotelu, każąc przy okazji odkupić całą zastawę stołową należącą do hotelowej restauracji. Ufff…, aż ciśnie mi się na usta cytat z nieśmiertelnej „Inwazji Barbarzyńców” Denysa Arcand’ego : – Bo nieszczęścia Polski są dowodem na istnienie Boga.

Nie wiem pod którą kategorię: spisku czy nieszczęścia Polski, należy podciągnąć sprzeczkę pewnych Polaków z austriacką drogówką, ale be wątpienia mogła podpaść pod rajd Rudego 102 na Berlin. Powodem do zatrzymania samochodu na polskich rejestracjach był fakt, że jego właściciele nie wykupili winiety na autostrady i nijak nie mogli udowodnić, że swój samochód stojący na wielkim parkingu autostopu przy węźle autostradowym, przetransportowali na miejsce przy użyciu helikoptera. Oburzenie rodaków nie miało końca. W końcu byli prześladowanymi w policyjnym państwie ludzi niechętnych Słowianom. Wisienką na torcie był fakt, że podróżowali wielkim suvem za 350 tysięcy złotych, na dachu którego wieźli sprzęt sportowy za kolejnych kilka tysięcy pln, a winietka, za którą nie zapłacili kosztowała raptem 7,50 Euro. Przecież wiadomo, że dla nich właśnie powinna być gratis.

Życzę wszystkim udanych wakacji, radosnych wojaży, dobrego samopoczucia i odrobiny dystansu do siebie, swojej historii i miejsca na świecie.

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka