Wszystko było ułożone niemal dzień po dniu. Każda jedna czynność zaplanowana z należytym wyprzedzeniem i nic, ale to nic nie mogło mi przeszkodzić w zrealizowaniu planu pod tytułem „idealne święta”.

W niedzielny wieczór 29 listopada usiadłam przy kominku z kubkiem gorącej herbaty w jednym ręku oraz notatnikiem w drugim. Plan był prosty – postanowiłam przygotować operację „święta”, by nie przeoczyć żadnej atrakcji, upiec pierniki z wyprzedzeniem, by miały szansę zmięknąć, nie biegać po przepełnionym centrum handlowym w poszukiwaniu prezentów na dzień przed wigilią, a nawet zdążyć raz w życiu wyprać i wyprasować biały obrus, o którym z zasady przypominam sobie w chwili, gdy mój mąż wyciągał świąteczną zastawę. Zaznaczyłam datę rozpoczęcia Targów Bożonarodzeniowych, koncert kolęd dla mojego dziecka, a nawet, w przypływie całkowitej i porażającej nawet mnie samą przebiegłości, wyliczyłam, że fryzjera i kosmetyczkę powinnam odwiedzić dokładnie w środę 23 grudnia o godzinie 17, bo wówczas bez wątpienia cały dom będzie już idealnie przygotowany do świętowania, lodówka nie będzie się domykać od nadmiaru jadła, a na perfekcyjnie wypastowanej podłodze będzie pobłyskiwała choinka, pod którą zaroi się od pięknie opakowanych i przede wszystkim przemyślanych prezentów.

Trzy tygodnie do świąt

Temperatura w granicach 10 stopni w żaden sposób nie zachęca do myślenia o świętach, dlatego zdecydowaliśmy rodzinnie o krótkim wyjeździe w góry, by tam, w sercu rodzimej tradycji, nawet jeśli jest to tradycja mocno podsycana chińskimi zabawkami, poczuć zimę i zbliżający się okres wielkiej fety. Jednak Tatry zamiast śniegiem i siarczystym mrozem przywitały nas siąpiącym deszczem i iście jesienną temperaturą, a grube kurtki i zimowe buty, które zabraliśmy ze sobą przezornie, przeleżały cały wyjazd w bagażniku. Ze świąteczno – zimowej atmosfery wyszło nam tylko zdjęcie na sztucznym śniegu i krótkie, choć wyjątkowo brzemienne w konsekwencje spotkanie z pewny zakatarzonym malcem.

Dwa tygodnie do świąt

Koncert kolęd dla dzieci – wykreślony. Wizyta na Targach Bożonarodzeniowych połączona z degustacją zacnego grzańca – odłożona na czas bliżej nieokreślony. Obrus niewyprany, a prezenty niekupione. Za to w łazience sterta prania rośnie w postępie geometrycznym, w ten sam sposób mnożą się brudne kubki i talerze w kuchni, w lodówce można znaleźć najwyżej niezbyt świeży kawałek sera, a masło do pierników zostało kupione i zjedzone już dwa razy. W krótkich chwilach świadomości, pomiędzy jedną nieprzespaną nocą, a kolejną drzemką na kanapie, próbuję wyjaśnić zaprzyjaźnionym redakcjom, że mój poziom umysłowy spadł nagle do tego reprezentowanego przez ameby, a możliwości fizyczne mam porównywalne ze Stephenem Hawkingiem próbującym o własnych siłach zdobyć Mont Blanc. Brzemienne w skutkach spotkanie z zakatarzonym malcem powaliło po kolej: moją córkę, mnie, męża, a na koniec nawet nianię, zostawiając mnie ledwo żywą z brzdącem wrzeszczącym na widok jakichkolwiek lekarstw: ja boję! ja boję!

Tydzień do świąt

Dziecko wciąż kaszle, ja wciąż kaszlę, niania mamy nadzieję, że wróci do nas od Nowego Roku, bo w to, że wyzdrowieje jeszcze w tym już dawno zwątpiliśmy. W nagłym przypływie szału wyprałam wszystkie zalegające w łazience brudne ubrania, co poskutkowało całkowitym paraliżem domu, bo nie było pomieszczenia, w którym nie suszyłyby się jakieś rzeczy. Targi Bożonarodzeniowe są nadal nieosiągalną atrakcją, zrezygnowałam też z własnoręcznego wykonania pierogów i uszek, dając w tym względzie szansę zaprzyjaźnionej małej gastronomii. W chwili lepszego samopoczucia namówiłam córkę na upieczenie pierników, co na szczęście skończyło się tylko dwukrotnym myciem podłogi oraz wietrzeniem domu po tym, jak moja uparta dwulatka, chcąc przyspieszyć proces pieczenia, podkręciła piekarnik do 240 stopni. Po uspokojeniu uznałam, że 18 sztuk zjadliwych pierników to też coś i należy się z tego cieszyć.

Cztery dni do świąt

Ustaliliśmy plan minimum – robimy śledzie, dwie sałatki oraz kapustę postną. Ja sprzątam łazienkę, mąż kuchnię, a zadaniem dziecka jest niedoprowadzenie swego pokoju do stanu całkowitej nieużywalności. W przypływie świątecznej dobroci kuzynka zaproponowała, że zaopiekuje się naszym dzieckiem na dwie godziny, abyśmy mogli załatwić niezbędne sprawy. Dopiero wchodząc do wypełnionego ludźmi sklepu uświadomiliśmy sobie, że nie mieliśmy kiedy zastanowić się, co w ogóle musimy kupić. Po włożeniu do wózka trzech opakowań śledzi i dwóch kilogramowych kaw uznaliśmy, że wino jest najcelniejszym zakupem – przyda się na prezenty, których nie zdążyliśmy kupić, a jak zostanie to również na rozweselenie atmosfery przy pustym stole. Na wszelki wypadek kupiliśmy też zapas mięsnej karmy dla psów, w końcu musimy zadbać o ostatnich rozsądnych członków rodziny.

Trzy dni do świąt

Z 18 pierników został jeden smętnie leżący na dnie świątecznej miski. Miejsce pobytu białego obrusu wciąż nie zostało określone, za to z pokoi poznikały suszarki z mokrym praniem. Teraz, suche i czyste już pranie, leży w łazience niemal w tym samym miejscu, w którym zalegało brudne, a ja nie jestem w stanie zrozumieć, w czym przeszkadzało mi tamto. Przy wielkim oświetlonym oknie salonu stoi smętnie kilka prezentów, które szczęśliwie dotarły do nas na czas, brakuje za to choinki, której nie ma, po prostu nie ma, no skończyły się – jak to usłyszał mój mąż w kilku pobliskich stoiskach sprzedających świąteczne drzewka. Nie ma też dwóch bombek, na których moje dziecko eksperymentowało z prawem powszechnego ciążenia.

Dwa dni do świąt

To nawet całkiem dobrze, że nie mamy żadnych ciast ani ciastek na święta i tak zawsze w styczniu budzę się z nadprogramowym kilogramem – przekonuję samą siebie. Moja córka od rana biega w stroju Mikołaja, a za nią biega nasz najmłodszy, zaledwie 50-kilogramowy pies przebrany za renifera. Na wszelki wypadek nie wychodzę z kuchni. Gotuję kapustę postną na czerwonym winie i sączę pozostałość butelki. Chyba pójdę jutro do tej kosmetyczki. W końcu z czerwonymi paznokciami bez wątpienia poczuję się odświętnie.

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Autor | Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka