Fall Out Boy wywodzący się ze scen undergroundu Chicago od 2001 roku nieprzerwanie dostarcza swoim słuchaczom sporej dawki energii za sprawą granego przez nich pop punku. Ich dwunasty album sprawia wrażenie jakoby do brzmień od dawna już znanych dołożono trochę więcej elektryki. Nic więcej.

Album otwiera Young and Menace i od razu wiem kogo słucham. Wszystko za sprawą charakterystycznego głosu wokalisty Patricka Stumpa, który pomimo lat nadal brzmi jak rozkrzyczany chłopiec. Jedyna różnica w najnowszym krążku, wydanym w pięć lat po reaktywacji kapeli, jest taka, że zamiast do zatłoczonej sali ze sceną pasowałby bardziej do klubu.

O ile pierwsze kawałki jeszcze jakoś wpisują się w dotychczasową twórczość zespołu, to moment, w którym usłyszałem HOLD ME TIGHT OR DON’T był tym momentem kiedy w mojej głowie jawiła się wizja ludzi tańczących do niego zumbę. Rozumiem, że serwując słuchaczowi bez przerwy to samo, w końcu się go traci, nie zmienia to jednak faktu, że mówiąc językiem eksperckim Fall Out Boy wyszło poza ramy gatunku. Mówiąc z kolei z perspektywy zwykłego szarego słuchacza zadaję sobie pytanie – Co się stało?!

Oczywiście MA N I A to nadal energetyczne, pełne wykrzykiwanych refrenów dzieło, jednak skręcające w kierunku zupełnie innego odbiorcy. Jakiego? Ano takiego, któremu spodobały się ostatnie wybryki panów z Imagine Dragons. Gdzieś w głębi jestem to w stanie zrozumieć, chociaż w mieszance brzmień gitarowych i sampli dla mas zawsze dla mnie wzorcem pozostanie Muse, bo akurat oni potrafią to idealnie wymierzyć. W dwóch wcześniej wspomnianych kapelach coraz mniej daje się usłyszeć gitarę. Niestety.


Autor: Patryk Rudnicki

Zdjęcie: mat. pras.