Dorwali mnie. Czaili się długo. Śledzili. Wszędzie czułem na karku ich nieprzyjemny oddech. Chociaż ich nie widziałem to wiedziałem, że są blisko. Aż w końcu im się udało. Nawet nie wiedziałem kiedy. Nawet nie poczułem.

Załatwili mnie jak Hardkorowy Koksu Najmana. Błyskawicznie. Byli przy tym delikatni jak Wielka Trójca – ZUS, NFZ i US przy ściąganiu swojego haraczu. Niby nic nie poczułem, ale z czasem zaczęło wszystko wychodzić. Aż przyszedł On. Dostawca. Ubrany na niebiesko człowiek z wielką, wypełnioną po brzegi torbą na ramieniu. Listonosz. Roznosiciel zarazy.

Podpis, podpis i do widzenia. Prawie jak Wielka Trójca, ale do ich doskonałości nigdy nie dojdzie. Chociaż „do widzenia” na… do widzenia sprawiło, że po plecach przeszedł zimny dreszcz. Doskonale wiedział, co mówi. A ja wiedziałem, że wróci.

Dostałem mandat. Za przekroczenie prędkości. Jadąc po dwupasmowej drodze, oddzielonej od tych jadących z naprzeciwka szerokim pasem zieleni, z zawrotną prędkością 61 km/h (na zdjęciu), dostałem mandat za przekroczenie prędkości o 22 km/h (na pokwitowaniu), gdzie ograniczenie – nie, nie było 39 km/h! – to 40. Kilometrów na godzinę. Przeliczyłem jeszcze raz. I jeszcze raz. Użyłem starego kalkulatora. Nie zgadzało się. Użyłem tego w smartfonie i na komputerze -może jakieś normy się zmieniły?- ale nie! Też się nie zgadzało.

Zaintrygowany sprawdziłem taryfikator, bo 200zł mandatu i 4pk karne to, przynajmniej tak mi się zdawało, za dużo. I nagle olśnienie. Ale nie tak od razu. Musiałem pomyśleć jak strażnik miejski. Przekroczenie od 21-30 km/h to 4pk karne i od 100-200zł. Hultaje i nicponie w mundurkach, już wiedziałem co się święci. Przy normalnej matematyce, powinienem dostać mandat za przekroczenie o 21km/h, a to (chyba) logicznie wskazuje na początek widełek, czyli 100zł. Jednak matematyka strażników miejskich jest zgoła inna. Prawo i zasady wszechświata, a nawet matematyka, muszą być po ich stronie. A przekroczenie o 22km/h popycha już w głąb widełek. Ale nie, nie będzie to 110zł. To by było za proste. Tutaj stróże prawa wskoczyli w nadświetlną interpretacji i przysolili bez ostrzeżenia. No nic, trzeba było iść się kłócić.

No to poszedłem. W sobotę. W głowie kotłowało się tysiące możliwych scenariuszy, dialogów, a nawet walki wręcz. Ale nic z tych rzeczy. Wszedłem. W środku poczekalnia, prawie jak w szpitalu, trzeba wziąć numerek. Miałem dwójeczkę. Przede mną siedziało już dwóch kryminalistów. Jeden, jak zdążyłem zauważyć, miał numer.. jeden. Drugi natomiast, jak to z logiką i naukami ścisłymi w tej placówce widocznie bywa, miał trójeczkę. A ciągnął (sic!) przede mną. Monty Python.

Rozglądając się za kamerami i ukrytymi kamerami, podpytałem z wrodzonej ciekawości towarzyszy niedoli, za co garują. Ich odpowiedzi sprawiły, że ani trochę nie poczułem się bezpieczniej. Jedynka za psią kupę. A w zasadzie jej nieuporządkowanie. Trójeczka – złe segregowanie śmieci. Brakowało jeszcze, by ktoś rzucił nam pod nogi mydło. Kiedy spytali mnie o moje garowanie, moja odpowiedź sprawiła, że stałem się największym recydywistą w grupie. Byłem szefem nieformalnie utworzonej bandy. Bandy trojga.

Z wrodzonej przyzwoitości, puściłem jedyneczkę i trójeczkę przed sobą. Jak to pod prysznicem, kryłem swoje tyły. Załatwiono ich szybko, nawet nie słyszałem krzyków. Zgaduję, że musieli wypuścić ich innym wyjściem, bo po moim wejściu, w środku był tylko przesłuchujący. Żując powoli gumę i podkręcając wąsa, zapytał, przeciągając sylaby, po co mi to wszystko było. Nie wiedziałem. On też nie wiedział. Bo mu nie powiedziałem. Jednym szybkim, zwinnych ruchem zgarnął wszystkie moje papieren sprawnie niczym Robin Hood skubał bogaczy, a Janosik… no też bogaczy (albo Wielka Trójca, nie chcę nadużywać, wiadomo, strach).

Wtedy nastąpiło zaciemnienie, poczułem zwilżające się spodnie, smród palonego plastiku i huk jak przy wybuchu granatu. Kiedy odzyskałem przytomność, stałem już na zewnątrz z mandatem w dłoni, wypisanym na sto złotych polskich. Coś się jednak udało. Choć nie do końca wiem, za jaką cenę. Zamykając za mną drzwi, przesłuchujący rzucił jedynie sucho: Nie zapraszamy ponownie. No cóż, nie to nie.

Podsumowując sobotnią wyprawę, która uchroniła mnie od sobotniego sprzątania, rad jestem, że przekroczyłem prędkość jedynie o 22 km/h (tak, tak, nie kłóciłem się o ich matematykę, zemdlałem). Zazwyczaj tym szybkim odcinkiem jeździ się zdecydowanie szybciej, więc jakby nie było, szczęście w nieszczęściu.

Wysyłanie mandatów na maksymalną z widełek kwotę jest jak dla mnie zwykłym wymuszeniem. Szczególnie w moim przypadku, ale takich pewnie wiele. Gdybym miał jechać kłócić się do innego miasta… cóż, nie jechałbym.

I pamiętajcie drodzy ludzie, sprzątajcie po swoich psach i odpowiednio, najlepiej zgodnie z sumieniem, segregujcie śmieci.

Moich towarzyszy niedoli od tamtej pory nie widziałem. Być może nie widział ich już nikt.

Autor | Radosław Sikora