Teatr plugawy. Teatr brudny. Szpetny. Zaśmiecony. Obskurny. Krwawy. Prawdziwy. Przejmujący. Przekonujący. Takim ciągiem przymiotników opisuję „Gałgana” Eweliny Marciniak we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Ten zaskakujący spektakl miał premierę na końcu ubiegłego sezonu, jednak obejrzałam go dopiero w ubiegłym tygodniu. Poruszył mnie i oczarował. 

Surowa scenografia przypominająca piwnicę nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Nie podobała mi się, i już wtedy wiedziałam, że nie wróży niczego miłego. Że będzie to niełatwa historia. Kiedy widzowie zajmowali swoje miejsca spektakl już trwał. W oczy rzuciła mi się Maria Kania i niewielki, płytki basen z wodą wyłożony srebrną folią. Ona ubrana w spódnicę z tiulu i białą bejsbolówkę stoi w nim po kostki w wodzie. Jest też maleńka, okrągła, obrotowa scena. Na niej syntezator i drugi z bohaterów sztuki. Tytułowy Gałgan. Ubrany w białą koszulę, czarny garnitur i lakierki idealnie dopasowuje się do neurotycznej siostry i jej tiulowej kreacji. Wyglądają niczym lukrowana ślubna para z weselnego tortu urodzonych morderców. Dramat na cztery ręce. Dramat siostry i brata. Zamordowana matka wepchnięta w plastikowe ciało Barbie i równie nieobecny ojciec Ken. Widok płaczącej aktorki trzymającej w zakrwawionych dłoniach rozczłonkowaną lalkę odarł mnie ze złudzeń. A więc będzie ostro i mrocznie. Delikatna, jak puch spódnica bohaterki była jedynym promykiem nadziei, na to, że może ten mrok jednak zniknie. Że będzie jakiś happy end. Nie zniknął. Nie było. Mrok narastał. Sceniczne rodzeństwo raz po raz to kładło się w basenie, to wstawało wychlapując z niego coraz brudniejszą wodę. Krzycząc na siebie i szamocząc się. Przytulając i głaszcząc wzajemnie, wypluwają przy tym stek oskarżeń, pretensji i żalu. W każdej minucie czuć ich chorą i naganną zależność związaną pępowiną pamięci. Bo to jej wina. Pamięci. To pamięć sprawia, że już nic, nigdy dla nich nie będzie takie samo. Na scenie kipi od emocji. Od wściekłości, nienawiści, obrzydzenia, poprzez delikatność, opiekuńczość aż do pożądania. Kania daje popis świetnego aktorstwa, ale Dowigiałło nie ustępuje jej pola. Ona, jak karabin maszynowy wyrzuca z siebie historię niezbyt szczęśliwego dzieciństwa, w którym to Gałgan uprzywilejowany ze względu na swoją ślepotę nie dawał jej wytchnienia. On swoim śpiewem czaruje tak znakomicie, że ani przez chwilę nie przestałam mu wierzyć. Jego piosenki doskonale opisywały i stany emocjonalne bohaterów, i wydarzenia mające miejsce w danej chwili. I Maria Kania i Grzegorz Dowgiałło porywali  swoją sceniczną charyzmą i bezkompromisowością. Uwodzili  widza. Ciągnęli go za nos. Podawali tekst jakby w amoku, jedno przez drugie, kto szybciej, kto mocniej. I nie było tam bełkotu. Wszystkie kwestie wyraźne i czytelne. Dla mnie. Jednak obawiam się, że nie dla młodych widzów, którzy tłumnie zasiadali w tamtym dniu na widowni. Zupełnie nie przejawiając chęci współodczuwania scenicznych sytuacji, do których sugestywnie zachęcała przemoczona do cna i czekająca na interakcję Kania. Jakby niczego nie rozumieli. Jakby dzieliła ich od niej czwarta ściana. Jakby niczego nie czuli. Natomiast ja wręcz przeciwnie. Dałam się porwać, dałam się pochlapać woda i krwią. Dałam się dotknąć. I uwierzyłam. Aktorom i Ewelinie Marciniak. Wszystko, co początkowo burzyło moje poczucie estetyki w trakcie spektaklu ładnie się oczyszczało. Rekwizyty nie przykryły tekstu. Nie zaburzyły odbioru. Każdy nóż  miał znaczenie.

Tekst „Gałgana”Jarosław Murawskiego nie jest prosty w odbiorze. Dotyka bardzo trudnych kwestii. Krąży wokół ludzkiej pamięci, która jest jak twardy dysk nieulegający zniszczeniu. Ustami Kani pyta widza, czy widz byłby gotów zapomnieć wybrane fragmenty z pamięci. Czy gdyby były techniki zapominania, to czy skorzystałby z nich wymazując ze swojej głowy traumatyczne wydarzenia. Aktorka zadaje te pytania publiczności i publiczność waha się, ale odpowiada. A wy? Czy chcielibyście na zawsze, zupełnie coś zapomnieć?

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | Tomasz Żurek