Wizualnie piękny, momentami nawet zapierający dech w piersi, jednak pozbawiony głębi, męcząco przygniatający narracyjną pustką – pisze Patryk Wolny.

Rupert Sanders, zasiadając w fotelu reżysera, miał przed sobą naprawdę trudne zadanie. Z jednej strony poprzednie filmy, manga i seria anime sprawiły, że GitS sprzedaje się praktycznie sam. Z drugiej natomiast ciężko jest znaleźć równowagę pomiędzy: specyfiką japońskiej kultury, obrazem przystępnym dla amerykańskiego odbiorcy oraz, co najważniejsze, zaspokojeniem oczekiwań zagorzałych fanów. Kilkanaście pierwszych minut wystarczy, by w pełni zrozumieć, w jakim kierunku podążyli twórcy.

Major (Scarlett Johansson) jest cyborgiem – jedyną w swoim rodzaju hybrydą maszyny i człowieka. Bronią, której powierzono dowództwo nad elitarną jednostką Section 9 specjalizującą się w wcale z cybernetycznymi przestępcami. Pracując nad kolejną sprawą trafia na trop niejakiego Kuze (Michael Pitt) – tajemniczego cyberprzestępcy, który za swój cel obrał eliminację ludzi powiązanych z korporacją Hanka Robotic. Sytuacja komplikuje się, kiedy na jaw wychodzi długo skrywana prawda o przeszłości głównej bohaterki.

Szkoda tylko, że poziom skomplikowania i sposób, w jaki historia została przedstawiona, nie robi na widzu żadnego wrażenia. Ghost in the Shell począwszy od pierwszych minut aż po ostatnie wybuchy, pod koniec zmienia się w typowe kino sensacyjne, trzyma w jednostajnym, kontrolowanym znudzeniu. Zwroty akcji nie zaskakują, sceny, które domyślnie miały grać na emocjach, z trudem wyrywają z letargu.

Film broni się, do pewnego momentu, ciekawą i dobrze skomponowaną warstwą wizualną. Widać cyberpunk pełną gębą, wielkie neonowe postacie górujące nad miastem pogrążonym w brudzie i deszczu. Komputerowe efekty, które mogliśmy oglądać na zwiastunie, budują klimat, a slumsy i obrzeża miasta, do których zapuszcza się Major, biją po oczach atmosferą zapadłych dziur, o których nawet Bóg zapomniał. Prezentacja genetycznych udoskonaleń, cóż można by wzdychać niemal bez końca, a przynajmniej w pierwszej połowie filmu. Końcówka bowiem odchodzi od początkowych założeń, pięknych ujęć w kierunku kina akcji – klasycznej wymiany ognia. Jednak będąc szczerym, to nie pierwsza i nie ostatnia produkcja za grube miliony, która zapiera dech w piersi. Hollywood powoli zaczęło nas przyzwyczajać do wysokiej jakości efektów specjalnych – rzecz w tym, żeby wykorzystać to w umiejętny sposób i uważam, że w przypadku GitS twórcom się to udało.

I na koniec element, do którego większość fanów miała najwięcej zastrzeżeń: Scarlett Johansson. Od razu uspokajam, nie jest ona może i Azjatką, jednak w roli Major sprawdziła się znakomicie, może i to słowa nieco nad wyraz, jednak moim zdaniem film wiele zyskuje dzięki jej grze aktorskiej. Wykreowana przez nią postać jest zarazem delikatna, niczym małe dziecko pozostawione same, z drugiej strony stanowi także morderczą broń, a zabijanie przychodzi jej z łatwością. Przyjemnie oglądało się balansowanie pomiędzy tymi pozornie skrajnymi biegunami jej osobowości. Jednak nie ona jedyna zasługuje na słowa pochwały, znakomitą grą popisał się także Takeshi Kitano, który wcielił się w Aramakiego Daisukego, zwierzchnika Section 9 i bezpośredniego przełożonego Major. Ostatnimi laty ten znakomity japoński aktor unikał Hollywood, skupiając się na kinie azjatyckim, jednak starsi widzowie mogą kojarzyć jego występ w Johnnym Mnemonic, który uznawany jest za jeden z lepszych cyberpunkowych obrazów.

Pozostając przy aktorach, dla wielu rozczarowaniem może się okazać syntetyczna skóra Major, Scarlett Johansson w kilku scenach występuje całkowicie nago, jednak w przypadku robota golizna przybiera nieco inną formę, tak odmienną od tej znanej z animowanego pierwowzoru. Dlatego, dla wszystkich oczekujących scen dla dorosłych w udziałem pięknej aktorki taka przestroga. Warto dodać, że nie tylko seksu brakuje, krwi także w Ghost in the Shell nie uświadczycie. I nawet jeśli Sanders pragnął nakręcić film o wiele brutalniejszy z łatką +18, to ostatecznie wyszło kolejne kino młodzieżowe nastawione na maksymalnie jak największą widownię. Biznes rządzi się swoimi prawami.

Reasumując, film jest na swój sposób intrygujący – wizualnie, aktorko także potrafi się obronić, jednak nie sposób po nim oczekiwać większego zachwytu, widz szybko się orientuje, że nie bardzo obchodzi go to co dzieje się na ekranie, zwłaszcza, jeśli naoglądał się już filmów sci-fi – wszystko to już było. Pierwszy GitS urzekał oryginalnością, remakowi już na starcie została ta możliwość odebrana, zbyt wiele obrazów inspirowanych pierwowzorem ukazało się na przestrzeni lat, by coś mogło jeszcze zaskakiwać.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina