Oczywiście tylko kulturalnie, przyglądając się obumierającej sztuce trawionej od środka przez robactwo, które z każdym kęsem wyżera odrobinę piękna, pozostawiając jedynie kłamstwo i jad.

Choć, czy można nas winić za to, że szeroko rozumiana sztuka jest wykorzystywana na potrzeby politycznych rozgrywek? Otóż chyba nie, bo nawet jeśli byśmy chcieli to zmienić, nie bardzo mamy ku temu możliwości. Dobrze widać to na przykładzie Teatru Polskiego i zamieszania wokół wyboru jego dyrektora. Niby nic, ale jednak został wybrany kandydat, który zdaniem wielu nijak ma się do funkcji, którą ma pełnić. Wierzę, że to całkiem dobry wybór dla tych, którzy pragną mieć pewne rzeczy pod kontrolą. Dla całej reszty, w tym osób związanych z samym teatrem, już niekoniecznie.

Nie inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku kina. Otóż wielkimi krokami zbliża się premiera, zapewne przez wielu oczekiwanego, filmu Smoleńsk, który, no cóż, ma wywołać u widza pewne emocje. Zgoda, gdzieś tam dorobek polskiej kinematografii pokazuje, że filmy historyczne to nawet potrafimy kręcić. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby ten obraz faktycznie został oparty tylko i wyłącznie na faktach, które zostały potwierdzone i zweryfikowane. Natomiast w momencie, w którym widz dowiaduje się, że fragmenty historii zostały przeinaczone na potrzeby widowiska, zaczynają się żarty. Uważam, że takim postępowaniem twórcy wycierają sobie mordy katastrofą w Smoleńsku. Zbierają żniwo, żerując na tragedii rodzin i bliskich, chyba, że tutaj wcale nie chodzi o pieniądze, a wspomniane fikcyjne elementy opowieści mają za zadanie dokształcić widza w kwestii jedynej słusznej wizji katastrofy.  W tym przypadku jest to zwykła, godna pogardy, propaganda, a nie sztuka.

Wymienione przeze mnie przykłady można przedstawić w dwojakim świetle. Tam gdzie ja dostrzegam niesmaczne zagrania, inni wstaną i będą klaskać. Jednak w przeciągu ostatnich tygodni można było przeczytać o takich kwiatkach jak oburzenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z powodu braku filmu Historia Roja na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni. Pytanie, czy tym powinien się zajmować przedstawiciel rządu…

„Stanowisko Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ws. pominięcia «Historii Roja» na Festiwalu Filmowym w Gdyni” wpis o takim tytule pojawił się na stronie internetowej Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co zakrawa już na niesmaczny żart. Nie uważam filmu Historia Roja za zły, oglądało się go całkiem przyjemnie, jednak jeśli trzeba wybrać 16 tytułów z pośród 45 zgłoszonych to nie sposób zrobić tego tak, by wszyscy byli zadowoleni, z władzą na czele. I można się nie zgadzać, protestować, ale żeby Minister Kultury wprost sugerował, co przedstawia wartość artystyczną, a co nie – to już zakrawa na zalążki dyktatury.

Z tej perspektywy wydaje się, że wkrótce może zabraknąć miejsca dla prawdziwej sztuki w naszym kraju, kiedy polityka stara się zrobić z pięknych Muz narzędzie do uprawiania własnych gier. Gnijemy drodzy państwo, umiera nasze człowieczeństwo wraz z kulturą, którą się w nas zabija.

Autor | Patryk Wolny