Helena Sujecka została uhonorowana „Złotym Szczeniakiem” 3. Festiwalu Aktorstwa Filmowego we Wrocławiu, za pierwszoplanową rolę kobiecą w filmie „Małe stłuczki”. – Dziękuję, za ten kontrowersyjny wybór – powiedziała aktorka odbierając nagrodę.

 *

Masz skłonność do debiutantów? A może oni do Ciebie?

– Debiutantem nie był Ryszard Brylski, Maciej Pieprzyca też nie… Ale rzeczywiście, większość tego mojego skromnego dorobku filmowego wyszła spod ręki debiutantów albo od reżyserów z niewielkim dorobkiem. Nie mam chyba jednak do nich jakiejś szczególnej skłonności. W przypadku „Małych stłuczek” ekipa była bardzo młoda – chyba 90 procent zespołu to byli ludzie młodsi ode mnie, zarówno w pionie produkcyjnym, jak i realizacyjnym. Na planie bywało chaotycznie, jednak nie z powodu nerwowości, ale raczej w wyniku ogromnej ekscytacji i swego rodzaju niepewności. To było urocze.

Pewnie każdy aktor mówi o swojej ekipie jak najlepiej, ale ja naprawdę podczas pracy nad „Stłuczkami” uświadomiłam sobie o co tak naprawdę chodzi w tym zawodzie i dlaczego go wybrałam. Chodzi o spotkania ludzkie. O to, że trzeba wskoczyć na głęboką wodę, szybciutko przejść na „Ty” i dowiedzieć się jak najwięcej o swojej wrażliwości. Ten skrót powoduje, że bardzo szybko można odczuć wiele ludzkich energii i to jest świetne.

Debiutanci mają jej więcej?

– Debiutantów na pewno charakteryzuje pewna łapczywość, rodzaj zaciekawienia drugim człowiekiem.

I chyba jeszcze poczucie niepokorności i niezależności. W Twoim dorobku widnieją filmy, których raczej nie można nazwać mainstreamowymi?

– A jest w Polsce kino mainstreamowe? To określenie źle mi się kojarzy. Jeśli myślę o mainstreamie, to myślę o tych wszystkich nieśmiesznych i niesmacznych komediach. Wszystkie filmy, jakie ostatnio widziałam, można określić mianem niemainstreamowego – mam na myśli kino ostatnich 15 lat. No bo trzeba sobie zadać pytanie – czy „Plac Zbawiciela” to jest mainstream? Albo Smarzowski?

Myślę, że tak – wystarczy spojrzeć na budżet Smarzowskiego, na obsadę i wyniki w box office. A w Twoim wypadku nawet „Yumę”, która jest bardzo efektowna, charakteryzuje niepokorność kina niezależnego.

– Tak myślisz? Scenariusz był bardzo hollywoodzki. Na etapie scenariusza to była polska epopeja, takie „Dawno temu w Ameryce” w rodzimym wydaniu. Ja zresztą mam problem, bo zapamiętuję filmy nie jako gotowe obrazy, ale właśnie scenariusze.

A gotowy obraz od scenariusza może się znacznie różnić.

– Boję się nawet oglądać film po raz drugi, bo zakochuję się w scenariuszach i mam swoją wizję jego realizacji. Podczas prac nad filmem wydaje mi się, że realizuję scenariusz dokładnie, a potem to, co widzę, jest przearanżowane, dziwnie pocięte, jest dla mnie ciałem obcym.

Ale czy chciałabyś dalej iść w kierunku filmu niezależnego? A gdyby z propozycją zadzwonił Smarzowski?

– No to chyba zwariowałabym ze szczęścia! Tak naprawdę chcę iść w każdym kierunku. Każda produkcja filmowa z ciekawym scenariuszem, każda, która daje szansę spotkania świetnych ludzi – a zawsze jest taka szansa – jest dla mnie interesująca. Naprawdę jestem na etapie, w którym chcę robić wszystko, a też nie jestem w sytuacji, w której mogę wybierać.

To pewnie tylko kwestia czasu – po nagrodzie na Festiwalu Aktorstwa Filmowego propozycje zapewne się posypią.

– Oby twoje słowa były prorocze, ale jednak rynek jest hermetyczny i trzeba być bardzo ostrożnym przy odrzucaniu jakichkolwiek propozycji. Ale nie stronię od kina niemainstreamowego, uważam, że właśnie na obrzeżach dzieją się najciekawsze rzeczy.

Kiedyś powiedziałaś, że film jest dla Ciebie niczym „piękny romans”, a prawdziwą miłością jest teatr. We Wrocławiu rzeczywiście kojarzona jesteś przede wszystkim z teatrem, ale jesteśmy właśnie na Festiwalu Aktorstwa Filmowego, na którym zdobyłaś główną nagrodę. Czy ten romans zmienił się w stały związek?

– Jestem coraz bardziej otwarta na kino i mam coraz większy apetyt na kolejne role, ale nie tylko w filmie – także w teatrze. Gdybym miała wybrać jedną z tych dziedzin, nie potrafiłabym. To jasne, że jeżeli nie będę dostawać kolejnych ról, nie będę się rozwijać, bo o ile jestem w stanie – za przeproszeniem – ćwiczyć sobie teatr i organizować coś samodzielnie, to nie mam możliwości zrobienia swojego filmu niezależnego, w którym mogłabym zagrać.

Nagroda na FAF może to zmienić?

– Jestem bardzo zaskoczona tą nominacją, bo tak naprawdę nie dostałam jeszcze w kinie roli, do której musiałabym przygotowywać się tak intensywnie, jak do niektórych kreacji w teatrze.

Może dlatego, że twoje postacie filmowe to czyste kartki, osoby zupełnie wcześniej nieznane? W teatrze wcielasz się w bohaterki literatury czy znane postacie ze świata kultury.

– I na pewno są to bohaterki znacznie bardziej obciążone dramatycznie.

W „Małych stłuczkach” przygotowań musiało być szczególnie mało – bohaterowie sprawiają wrażenie przezroczystych.

– Trochę tak. Ale muszę ci powiedzieć, że spotkałam się z przeróżnymi interpretacjami. Po jednym z seansów pewna wiekowa aktorka powiedziała mi: „Bardzo pani dziękuję za Stłuczki. Już dawno żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia. On jest straszny! Chyba tylko Ida mną tak wstrząsnęła”. A obok słyszałam swoją agentkę, która mówiła: „To jest takie fajne, ciepłe kino”. No i co ja mam zrobić?

Najwyraźniej starsze pokolenia nie odbierają najlepiej tego, jak sportretowani zostali dzisiejsi dwudziestolatkowie.

– Dla mnie ta historia jest dość przygnębiająca. Widziałam ją tylko raz, ale zrobiło mi się dość smutno.

Ale może nie trzeba podchodzić do tego tak ogólnie? Sam Irek Grzyb podkreślał, że to film mocno osadzony lokalnie. Znam ludzi z Łodzi i wiem, że mają bardzo specyficzną mentalność.

– Ja się w ogólnie nie potrafię identyfikować się z mentalnością bohaterów „Małych stłuczek”. Z drugiej strony muszę przyznać, że gdy zaczęłam „wchodzić” w postać Asi, a ona we mnie, to zaczęłam dostrzegać pewne podobieństwa. I to mnie przeraziło! Myślę jednak, że nie grozi mi bycie taką nihilistką jaką jest moja bohaterka.

Rozmawiał | Dawid Myśliwiec
Zdjęcie | Filmoteka Narodowa