Improwizacje # 2

„Improwizując, aktor dochodzi do miejsca, w którym wcześniej nie był”. Takiego zdania jest niemiecki dramaturg, pedagog teatru – Horst Hawemann. Aktorzy, którzy wzięli udział w drugiej odsłonie Improwizacji Agaty Dudy- Gracz wydają się być z nim zgodni.

Po styczniowych Improwizacjach w Capitolu atmosfera wokół nich stała się gorąca. W tym miesiącu jest podobnie. Ci, którzy je zobaczyli podzielili się na dwie grupy. Jednym się bardzo podobało, innym bardzo się nie podobało. Strach pomyśleć, że idea imprezy znana jest raczej wąskiemu gronu zainteresowanych, a część publiczności, to przypadkowi widzowie, którzy przyszli z nastawieniem na zobaczenie gotowego spektaklu promowanego nazwiskiem znanej reżyser. Dyskusje, a co gorsza kłótnie, o to, czym jest improwizacja aktorska i jak się nią reżyser winna posługiwać trwają i trwać pewnie będą. Jak wojna o „Idę”. Pytań jest nieskończenie wiele. Bo i temat zajmujący, a i pytających przybywa. Kto z twórców technik improwizatorskich powinien mieć pierwszeństwo i ostateczny laur ważności? Grotowski, Stanisławski, Viola Spolin, a może Johnstone? Czy Duda- Gracz ma prawo do tego typu praktyk? Do, jak to nazwał w swoim tekście reżyser i teoretyk teatru Mirosław Kocur, ”tresowania aktorów”? Czy ma prawo do odzierania ich z intymności, która zwykle ma miejsce w zamkniętej przed oczami widzami sali prób? Odpowiedzi jest tyle ile pytań. A ja wiem jedno: dla wszystkich, którzy wzięli lub wezmą udział w projekcie warunki są jasne i czytelne. Nikt siłą nie został wepchnięty  na scenę. Przyjął zaproszenie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Choć tego, co się może wydarzyć nikt nie jest w stanie przewidzieć.

W secie lutowym wystąpili Justyna Szafran, Katarzyna Borek (muzyka), Bartek Topa i Tomasz Schuchardt. Każdy z nich wchodząc na scenę robił to z zamiarem zbadania przestrzeni w jakiej jeszcze nie był. Jasne, że mieli już wcześniej możliwość pracować metodą improwizacji. Zarówno Szafran jak i Schuchardt spotkali się nawet reżysersko z pomysłodawczynią projektu. Na scenie Ciśnień jednak wszyscy pewne granice przekroczyli po raz pierwszy. Stanęli na niej świadomie podejmując wyzwanie wejścia w głąb swoich umiejętności. Wejścia w zarysowane jedynie relacje z partnerem scenicznym. Bo, jak  wiadomo cała reżyseria tych ”nieprzedstwień” kończy się w momencie, gdy na godzinę przed rozpoczęciem aktorzy dostają list z intencjami reżyserskimi. Nie było wiec podpowiedzi i wspólnych poszukiwań. Stanęli twarzą w twarz z widzem za oręż mając jedynie swoją wiedzę i umiejętności. A trzeba im przyznać, że są imponujące.

Tematem przewodnim aktorskich zmagań tym razem była samotność. Samotność, która w wykonaniu każdego z „graczy” była zupełnie inna. Do dyspozycji mieli bardzo prosto rozplanowaną przestrzeń sceniczną. Dwa domy oddzielone od siebie białymi taśmami. W każdym z nich łóżko, stół, krzesła. Na stołach kubki z kawą, chleb. Wejścia aktorów Duda – Gracz ułożyła w sekwencje, które następowały po sobie oddzielane przepiękną muzyką wykonaniu Kasi Borek (zdobywczyni tegorocznej nagrody Warto). Wszystko było płynną i ciekawą opowieścią. Często zabawną, wręcz wywołującą wybuchy śmiechu. Ale też zwyczajną i do bólu codzienną. Z głupimi minami. Siarczystymi przekleństwami. Łzami wzruszenia. Absurdem i tajemnicą. I nie było tam szablonu, za pomocą którego bohaterowie mogliby coś wykreować. Była jasna energia i radość z obcowania z sobą. Spotkanie czterech osobowości, które przez półtorej godziny w pewnym sensie nauczyły się jak z sobą zafunkcjonować, by pokazać choć fragment prawdy scenicznej. Czegoś, czego mądry widz zawsze domaga się w teatrze. Tak, mnie się podobało. Czekam jednak na takie Improwizacje, które zmiotą mnie z fotela. Nie będę jednak kolejny raz studiować metody Stanisławskiego, bo nie o to tu chodzi. Nie trzeba znać wszystkich mądrych ksiąg, by z teatru wynieść coś wartościowego. Coś dla siebie. Choćby okruch, uśmiech lub gest…albo ważkę.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcia | Marek Maziarz / BTW photographers