„Inferno” [RECENZJA]

Niestety trzecia część przygód profesora Roberta Langdona zawodzi, i to zawodzi boleśnie, zwłaszcza, jeśli ktoś ceni sobie poemat Dantego, a niekoniecznie przepada za twórczością Dana Browna – pisze Patryk Wolny

Wychodząc z kina planowałem zakończyć tę recenzję na jednym zdaniu, ale szybko doszedłem do wniosku, że to może nie wystarczyć, bowiem Inferno to taki Warcraft: Początek. Film tak zły, że aż dobry. Dla zwykłej akcji, Florencji, czy zwyczajnie pejzaży jak z widokówki warto udać się do kina. Warto dlatego, że dla niewymagającego widza oklepane efekty specjalne, spora doza akcji i dobrze znany klimat wystarczą jako zachęta do zakupu biletu. Przyznaję, ja także dałem się złapać na zwiastun i gdzieś głęboko wierzyłem, że będzie lepiej niż w przypadku Kodu Da Vinci czy Aniołów i Demonów no i jest, odrobię, lecz to nic nie zmienia. Cała trójca to marne trzy punkty na dziesięć.

Wracając jednak do wspomnianego zdania, którym to można podsumować cały film. Cytując Dantego Alighieri:

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…

I tutaj wypadałoby zakończyć, nie marnować żywota klawiatury, oczu, rozumu wytężać, bowiem jedyne co czeka odważnych zdecydowanych na seans Inferna to wiekuiste męki.

Począwszy od pierwszych minut reżyser Ron Howard (odpowiedzialny także za poprzednie części) postanawia wrzucić widza w sam środek wydarzeń. Oglądamy, jak pięknymi uliczkami Florencji ucieka miliarder Bertrand Zobrist, bezskutecznie starając się zmylić tropiących go drani. Ostatecznie, gdy kończą mu się wszystko drogi ucieczki, przyparty do muru w akcie heroizmu postanawia targnąć się na własne życie, i to z całkiem dobrym rezultatem. W międzyczasie Robert Langdon (Tom Hanks) budzi się we włoskim szpitalu, nie pamięta, co mu się przytrafiło, nie potrafi nazwać niektórych przedmiotów, zdawałoby się, że upłynie trochę wody, nim upora się z zaburzeniami pamięci, jednak nie ma na to czasu. Otóż z niewiadomych przyczyn wszędzie pełno ludzi, którzy chcieliby, żeby profesor nigdy szpitalnego łóżka nie opuścił, a najlepiej, jakby od razu położył się do trumny.

W wyjściu z opresji pomaga mu doktor Sienna (Felicity Jones), a wszystko po to, by nasz dzielny profesor raz jeszcze mógł ratować świat przed zagładą. I choć tym razem to nie Watykan, ani Opus Dei to i tak sprawa jest bardzo poważna. Planeta Ziemia potrzebuje ratunku, a specjalnie opracowany na tą potrzebę wirus ma jej skutecznie pomóc pozbyć się choróbska, jakim jest nadmiar ludzi. Klucz do zagadki skrywa poemat Dantego, którego śladami będzie musiał podążyć Langdon.

Inferno prezentuje poziom zbliżony do poprzednich filmów Rona Howarda, oglądamy powtórkę z dobrze znany schematów. I może to źle, że narzekam na filmy, które przecież ludzie pokochali za to, że wcale nie starają się być ambitne, ale o ile w nieco grafomańskiej prozie Browna łatwo to sprzedać, to na ekranie kina robi się niesmacznie. Raz kolejny twórcy traktują widza jak małe dziecko, które ledwo poznało świat i nie wie jeszcze, jak wygląda prawdziwe życie. Zagadki, odkrywanie sekretnych przejść, uciekanie złoczyńcom, wszystko to idzie po linii najmniejszego oporu. Banał goni banał, a człowiek oglądając coraz bardziej się nudzi i gdyby tego było mało to Langdon wraz ze swoją towarzyszką co chwilę łopatologicznie tłumaczą każdą błahostkę, detal, który pojawia się na ekranie, jakby w obawie, że widz, niezdolny do samodzielnego myślenia, niczego nie zrozumie.

I może, gdyby tak faktycznie było… lecz bez większego trudu przewidujemy kolejne ruchy bohaterów już od samego początku, o zakończeniu nie wspominając. Zwrot akcji, mordobicie i wielka tajemnica, która nagle wychodzi na jaw. Twórcy, jakby w obawie, że całość zaraz się rozleci i opadnie kurtyna wielkiej misternie uknutej zagadki, starają się zamydlić widzowi oczy tanimi efektami rodem z tandetnych filmów klasy B. Służą one wizualizacji kolejnych koszmarnych wizji głównego bohatera, czegóż chcieć więcej?

Inferno prezentuje książkowy przykład na to, jak sławny Hollywoodzki gwiazdor stojąc bezczynnie, czy raczej starając się coś tam grać, może zarabiać grube miliony. Widać talent i zaangażowanie mogą odpoczywać, kiedy nikt ich nie wymaga. Szkoda tylko bardziej ambitnych aktorów jak Irrfan Khanm, który zdaje się stawać na głowie, byle tylko coś wykrzesać ze swojej postaci.

Prawdziwa wisienka na torcie to Hans Zimmer, którego muzyka zawsze kojarzyła mi się pozytywnie, rzadko dając powody do narzekania. Chciałbym rzec, że i tym razem tak jest, ale cóż, niestety nie. Ścieżka dźwiękowa została skomponowana tak, by pasowała do tego co oglądamy na ekranie, jednak brak jej werwy, uderzenia, które wywołałoby ciarki na skórze, sprawiło, że serce podejdzie do gardła. W efekcie czego zwyczajnie nuży i tym samym zdaje się idealnie pasować do pozostałych elementów filmu.

Nie potrafię doszukać się wielu pozytywów w obrazie Rona Howarda, jednym z nich są na pewno widoki, bowiem Florencja, Stambuł czy Wenecja zachwycają, nic więcej, reszta to już tylko dobrze znana sztampa robiona w przekonaniu, że i tak ściągnie do kina tłumy ludzi. I to ostatnie by się niestety zgadzało. Gdzieś podświadomie spodziewałem się tandetnego kina i takie też otrzymałem, jednak decyzji o wybraniu się na Inferno bym nie zmienił. Ot, taki paradoks.

P.S. Zła książka najlepiej sprzedającym się tytułem 2013 roku, jak tu można wątpić w sukces filmu?

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina