- REKLAMA -

– Pawlikowski na pewno nie miał intencji, by „Ida” była filmem antypolskim. To byłoby bezsensu. Filmowcy nie robią niczego „anty”- mówi Piotr Fudakowski, producent oscarowego filmu „Tsotsi” w rozmowie z Michałem Hernesem.


Piotr Fudakowski- ur. w 1954 roku, brytyjski producent, scenarzysta i reżyser o polskich korzeniach, wyprodukowany przez niego film „Tsotsi” w 2005 roku został nagrodzony Oscarem.


Czy wciąż chce pan zrealizować polski film historyczny?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Miałem pewien pomysł na wojenną opowieść, ale odczuwamy przesyt tą tematyką.

Polskim politykom marzą się patriotyczne filmy historyczne. Czy to właściwa droga?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Dlaczego nie? Niedawno kilka ich powstało, choć do takich tematów trzeba podchodzić ostrożnie. Jeżeli celem filmowców jest tylko gloryfikowanie patriotyzmu, wyjdzie z tego słaby film. Kino nie jest dobrym miejscem na nacjonalistyczną propagandę. To świat komercji, która musi się podobać większej grupie ludzi. Przeważnie z politycznymi i religijnymi filmami to się nie udaje. Jeżeli katolicka bądź chrześcijańska grupa zrealizuje taką produkcje, na ogół jest słaba. Jeśli jednak twórcy skupiają się na fajnej historii, którą chcą dobrze opowiedzieć, może im się to udać.

To recepta na dobry film patriotyczny?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Osobiście nie chciałbym zrealizować ani filmu patriotycznego, ani antypatriotycznego, tylko opowiedzieć fajną historię.

Czy wysokobudżetowy polski film historyczny może zaistnieć na świecie?

PIOTR FUDAKOWSKI: – To jest trudne, choć udało się Szkotom ze względu na język angielski. Chodzi o „Braveheart” Mela Gibsona. Amerykanie przez cały czas robią takie produkcje.

Rosjanom nie za bardzo się to udaje. Mam na myśli przede wszystkim Nikitę Michałkowa.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Im udał się antyrosyjski „Lewiatan”. To świetna filmowa robota, która nie dostała Oscara. Być może wynika to z faktu, że amerykańskie lobby uznało, że wszystko, co rosyjskie jest złe. Nawet opowieść antyputinowska.

Czyli polska superprodukcja powinna powstać w języku angielskim?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Niemcy zrobili kiedyś film, w którym bohaterowie rozmawiają o tym, że mają fajną historię, na podstawie której mogłaby powstać świetna filmowa historia. Jeden z producentów powiedział do reszty: „Owszem, ale skoro to jest takie fajne, powinniśmy go zrealizować po angielsku”. Taka jest prawda. Jeśli Polska chce podbić filmowy świat, ten film musi powstać w języku angielskim.

Czy zgadza się pan, że w Anglii nie jest łatwo zdobyć pieniądze na filmy?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Anglicy konkurują z Ameryką. W Anglii są pieniądze na angielskie produkcje, ale konkurencja jest ogromna. Większym problemem niż pieniądze na ich realizacje są fundusze na dystrybucje. Często trzeba na nią przeznaczyć nawet dwa razy więcej pieniędzy, niż na sam film. To ogromny problem.

Mimo to pracuje pan w Wielkiej Brytanii.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Tu się urodziłem i Polacy uważają mnie za Anglika, choć jestem Polakiem. Swoją filmową karierę zacząłem w Anglii. Dopiero niedawno wyreżyserowałem w koprodukcji z Polską „Tajemniczego sojusznika”, zainspirowanego prozą Conrada.

Czy łatwo było zdobyć fundusze w Polsce na ten projekt?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Było to bardzo trudne, ale jakoś nam się udało. Zdobywanie pieniędzy to sztuka, trzeba być odpornym. Gdy mówią ci „nie”, musisz do nich wracać, a kiedy słyszysz „tak”, później tobie odmawiają. To wielkie wyzwanie. Zrobić film samemu to pestka w porównaniu do znalezienia finansów i dystrybucji. Najłatwiejszą częścią jest ta środkowa, twórcza.

Mimo tego trudu i wyrzeczeń, wciąż chce pan robić filmy.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Jestem w tym zakochany od czasów młodości. To siedzi we mnie tak mocno, że ciężko byłoby to zmienić. Uwielbiam opowieści i moralne historie, które podejmują tematy ważne i ciekawe. Lubię filmy piękne i radosne, dzięki którym ludzie wychodzą z kin w pozytywnych nastrojach. Kino jest wspaniałym miejscem do pokazywania nie ponurych, tylko ciepłych opowieści. Optymistyczne produkcje nie muszą być nudne i niewartościowe.

Czy brakuje panu takich polskich filmów?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Troszeczkę. Nie jestem fanem szarej rzeczywistości, socrealizmu uwielbianego przez krytyków filmowych. Być może to pozostałość po czasach komuny albo wychodzenie naprzeciw komercjalizacji. Z drugiej strony zdarzają się też filmy głupie i zbyt lekkie. Jak to wypośrodkować? Bardzo podobali mi się „Bogowie” i „Jack Strong”. To dowody, że Polacy umieją robić filmy dla ludzi. Taka produkcja z założenia powinna być komercyjna. Kino jest zbyt drogą sprawą, żeby bawić się tylko w tworzenie sztuki z myślą o muzeach bądź festiwalach. Największym wyzwaniem jest zrealizowanie dobrego filmu komercyjnego, to znaczy skierowanego do szerokiej publiczności.

Jaki piękny film chciałby pan zrobić?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Wspólnie z moim przyjacielem, reżyserem teatralnym, marzymy o komedii inspirowanej dramatem Bułhakowa „Apartament madame Zoyki”, która opowiada o komunie w Rosji. Chciałbym wyreżyserować tę opowieść w nowoczesny sposób, opowiadając młodym ludziom o tym, czym jest sowiecka komuna. Najpierw napiszemy dramat i być może na jego podstawie powstanie scenariusz. Chcemy w satyryczny sposób opowiedzieć o współczesnych wydarzeniach, które nie różnią się zbytnio od rosyjskiej komuny. Współcześnie w Rosji morduje się mniej ludzi, choć nie mam pewności, czy na pewno. Wciąż ma tam miejsce ogromna korupcja, zarówno moralna, jak i finansowa.

Jakieś tematy związane z Polską?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Może polityczna satyra? Nie wiem jednak, czy to by się ludziom spodobało.

Co sądzi pan o politycznych wydarzeniach w Polsce?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Patrzę na nie trochę z dystansem. Uważam, że demokratyczny kraj wybrał nową rządzącą partię i trzeba im pozwolić zrobić to, co chcą. Jeżeli poniosą porażkę, szczególnie w ekonomii, ludzie ich ponownie nie wybiorą. Niech tylko nie zmieniają konstytucji, żeby utrzymać się przy władzy. Wierzę w demokracje.

Dostrzega pan w tej sytuacji i tych politykach komediowy potencjał?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Tak, ale nie wiem, czy jest to śmieszne dla reszty świata. Film nie bardzo nadaje się do partyjnej, politycznej satyry.

Udało się to chociażby w serialu „Tak, panie ministrze”.

PIOTR FUDAKOWSKI: – To fantastyczny serial, ale raczej opowiada o biurokracji, która istnieje wszędzie na świecie i jest przerażająca. To temat bardziej telewizyjny, niż filmowy. Film powinien być wielkim kinem i dlatego nie lubię małych socrealistycznych produkcji, których akcja rozgrywa się w pokoju, bądź w bloku. To nie jest kino.

Jakie jest pańskie zdanie na temat „Idy”?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Pewne rzeczy mnie w niej drażnią. Na przykład pretensjonalny sposób fotografowania, kojarzący mi się z filmami studenckimi. Wiem, że w tej opinii jestem w mniejszości. Jednocześnie to film dobrze zagrany i wyreżyserowany, tylko po prostu nie na mój gust.

Niektórzy uważają, że jest antypolski.

PIOTR FUDAKOWSKI: – To głupie opinie.

Tak mówią polscy politycy, a także niektórzy krytycy i dziennikarze.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Pokazano w nim ponurą Polskę, a to tworzy wizerunek polskiej marki. Na tej samej zasadzie ludzie myślą, że Anglia jest mglista i że Anglicy żyją w świecie żywcem wziętym z powieści Karola Dickensa. Polska jest natomiast krajem, w którym miał miejsce Holokaust i były wojny. Być może w tym sensie to film antypolski, ale Pawlikowski na pewno nie miał takich intencji. To byłoby bezsensu. Filmowcy nie robią niczego „anty”. Wolałbym pokazać Polskę jako piękny kraj z fajnymi i normalnymi ludźmi; nie tylko związanymi z wojną, przeszłością i komuną.

Jak to zrobić?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Dobre pytanie. Nie mam na to w tej chwili pomysłu.

Czy jest pan dumny ze swoich polskich korzeni?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Absolutnie. Inaczej nie zrealizowałbym „Tajemniczego porucznika”. Jestem dumny z naszych wielkich twórców takich jak Conrad Korzeniowski i innych wielkich Polaków, którzy zostawili po sobie coś bardzo wartościowego. Na przykład Maria Skłodowska-Curie albo Jan Paweł II. Mało się mówi o wybitnych polskich naukowcach.

Na szczęście powstaje film o Skłodowskiej-Curie.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Jestem go bardzo ciekawy.

Powstał też filmowy „Smoleńsk”.

PIOTR FUDAKOWSKI: – To dziennikarska opowieść, może więc okaże się równie dobra, jak „Spotlight”. Ocenimy ten film po premierze.

Jak Anglicy odbierają sytuacje w Polsce?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Nie za dobrze. Prawo i Sprawiedliwość ma duży problem z public relations. Ta partia słabo manipuluje wizerunkiem swojej polityki. Można odnieść wrażenie, że nie zależy im na tym, co zachód o nich myśli.

Idą pod prąd, to na swój sposób odważne. Pan wykazał się odwagą jako producent filmu „Tsotsi”.

PIOTR FUDAKOWSKI: – To piękna opowieść, która odniosła stosunkowo wielki sukces, choć to nieanglojęzyczny film bez wielkich gwiazd, tylko z Afroamerykanami, o których nikt wcześniej nie słyszał. Teoretycznie to musiało się zakończyć porażką, ale stało się coś genialnego. To był dobry czas. Pokazaliśmy ten film na małym festiwalu, gdzie się spodobał, potem zakwalifikował się do Toronto i dostaliśmy tam nagrodę publiczności. Reszta jest historią. Teraz ta produkcja nie miałaby nawet najmniejszej szansy na sukcesy.

Bo Amerykańska Akademia Filmowa jest rasistowska?

PIOTR FUDAKOWSKI: – Absolutnie nie. W filmie nie ma i nigdy nie było rasizmu. W tej branży liczą się pieniądze i to, co się sprzeda. Jeżeli filmy o Afroamerykanach zaczną przynosić spore zyski, producenci będą je realizować. Kto wie, może w przyszłym roku pojawi się jakiś fajny chiński film. Chińczycy także narzekają na brak oscarowych nominacji. Wynika to z tego, że, mimo ogromnych budżetów, robią słabe i nieciekawe filmy, bo nie chcą się otworzyć na świat.

Polacy mogliby natomiast nabrać więcej luzu. Dawno nie widziałem bardzo dobrej polskiej komedii.

PIOTR FUDAKOWSKI: – Najlepszymi komediami są satyry, na przykład „Miś”. Aktualnie nie mamy się z czego śmiać, więc nie ma aż tyle miejsca na satyrę i ironię. Dla porównania, Anglicy są świetni w ironii, która bardzo dobrze działa w komediach. „Cztery wesele i pogrzeb” to przykład filmu, którego bohaterowie śmieją się sami z siebie. W przeciwieństwie do Polaków, nie traktują się zbyt poważnie. Łatwiej śmiać się z innych. Jeśli to się zmieni i nauczymy się śmiać z siebie, być może będzie nam łatwiej w politycznym świecie. Bardzo ważna jest samokrytyka, czyli ironia. Sam muszę uważać, gdy żartuję ironicznie z przyjaciółmi, którzy urodzili się w Polsce. Trzeba być w tym ostrożnym, bo mogą się obrazić. Traktują ją jako obrazę, tymczasem należy zrozumieć, że to tylko ironia, w której kryje się trochę prawdy, i popisać się równie dobrą ripostą, zamiast się obrażać. To świetne narzędzie do krytyki drugiego człowieka, które ma służyć temu, żeby się zmienił na lepsze, albo ci słownie oddał. Ironia bardzo by Polsce pomogła.

Rozmawiał | Michał Hernes