Dolores Miednica oraz Szyba z Daszkiem

Istnieje jedna Justyna Święty, która świetnie biega na 400 metrów i jedna święta zasada, że z nazwisk sobie nie żartujemy. Ale, niestety, czasy są takie, że świętości nie ma. Pół biedy, gdy „festiwal nazwiskowy” służy do manifestowania radości i podziwu dla naszych dzielnych szczypiornistów, którzy udowodnili, że jak ktoś ma Szybę z Daszkiem, a na dodatek Szmal, to potrafi wygrać z każdym. No może poza Katarem, który ma jeszcze większy szmal, tyle, że z małej litery, potrafiący zabić piękno sportu i zasady fair play. Przy okazji przyznaję z dumą, też jestem szczypiornistą. Szczypiorno to moja dzielnia. Mieszkałem bowiem przez dobre siedemnaście lat cztery kilometry od tej wioski, od wielu lat dzielnicy Kalisza. A to przecież tam prawie 100 lat temu major… Grzmot, namówił internowanych w niemieckim oflagu Legionistów z Pierwszej Brygady, by biegali za piłką i rzucali ją do bramek…osadzonych tam… uwaga Rosjan, Serbów i… Francuzów. A taki był początek protoplastów Jurasików i Lijewskich i spółki.

Inna wersja wprawdzie mówi, że polscy piłsudczycy, dziś zwani husarią, mogli podpatrzyć zasady szczypiorniaka od niemieckich wartowników w obozie, ale w to nie uwierzyłby chyba nawet sam Biegler.

Wracając do niesmacznych żartów z nazwisk. Przyznaję, bez bicia, lubiłem kenijską maratonkę, nie tylko za zwycięstwa w Bostonie, Paryżu, Rotterdamie czy srebrny medal w Londynie, ale także za bezpretensjonalne brzmienie jej nazwiska Jeptoo (bo wiem, że tak właśnie brzmią myśli biegaczy w okolicach 40 kilometra maratonu), zwłaszcza w zestawieniu z niebanalnym imieniem Priscah, jak wyczytałem pochodzącym z języka zulu, a nie popularnego suahili. Cóż, teraz już nie lubię. Jeptoo jechała, tzn. biegała, na dopingu. Jak Armstrong. Nie, nie ten z księżyca, ani nie ten z saksofonu.

Przypomniało mi to niecodzienne hobby kolegi studenta, który wiele lat temu, w czasach zdecydowanie przed internetowych chodził na pocztę z notesikiem, brał książki telefoniczne z 49 województw i wynotowywał stamtąd ciekawe nazwiska. A potem wieczorami, na imprezach w akademiku, po prostu otwierał kajecik i czytał. Zapamiętałem do dziś refleksję nad brakiem wyobraźni rodziców pewnej kobiety (a może to był jakiś mezalians). Bo jak inaczej nazwać sytuację pani o nazwisku Dolores Miednica. Kłopot w dorosłym życiu miał też podobno Zygmunt, którego rodzice, państwo Zygmunt mieli poczucie humoru i nadali mu takie imię. Zygmunt Zygmunt to przecież nie żaden tam poważny Marek Jurek ani mniej znany Jurek Marek.

Nie byłem zbyt zadowolony, gdy ktoś wynotował z przypisów do mojej pracy magisterskiej nazwisko szacownego dziś profesora, literaturoznawcy, specjalisty od Miłosza i nabijał się, że cytuję książkę Fiuta, cóż że Aleksandra. Podobnie gdy jeden z dziennikarzy zapowiadając koncert świetnego saksofonisty Maćka Sikały w Klubie Jazzowym Rura swoją notkę opatrzył zgrabnym tytułem „Sikała w Rurze”. Śmieszno, ale straszno. I bezmyślnie.

Nie bawią więc mnie specjalnie zabawy z pytaniami czy Ogórek będzie prezydentem. A niechby nim była nawet pani Kolano Narcyza.

Natomiast fakt, nie potrafiłem ukryć uśmiechu, kiedy w naszej piłkarskiej ekstraklasie Zając gonił Wilka a na bramce stał/a Mucha, która, jak napisał mój kolega z działu sportu „rozpostarła skrzydła i chwyciła futbolówkę”. Ba, ja to nawet widziałem oczami wyobraźni. Tak jak na żywo nie pękającego Szybę, którego akcję komentowała w studiu przesympatyczna piłkarka Iwona Niedźwiedź. Komentatorzy tylko nie mówcie, że Pani Iwona jest „silna jak tur”. No bo jasne, że teraz, gdy cała Polska zakochała się w szczypiorniaku w ślady Szyby z Daszkiem pójdą panie i dopiero będzie zabawa, bo jak powiedział jeden z naszych komentatorów „Piłka ręczna w wykonaniu kobiet to gra pełna momentów, o jakich nie śniło się filozofom”.

Autor | Jacek Antczak