Nie biegnij, Igor, nie biegnij

„Osoby, które mnie znają, pomyślą pewnie, że zdurniałem na stare lata, ale… wieczorne bieganie jest zaskakująco przyjemne” – napisał wczoraj twórca „Ogólnej teorii wszystkiego”. Teoretycznie zwariował. „Następny, następny…” – jak śpiewa Brel.

Igor Zalewski, jeden z najlepszych felietonistów w Polsce, człowiek, który the facto (tak się nazywa jego wydawnictwo) dawno temu wykrył aferę Rywina a niedawno opublikował pierwsze wyznania polskiej dziennikarskiej hieny, tym samym pokazał, że świat stanął na głowie. I to w adidasach (sauconach, asicsach, nike’ach czy tam innych z Decathlonu czy Lidla – niepotrzebne zdejmji).

Bo Igor raczej kojarzył mi się jakoś tak godnie/konserwatywnie, a tu jakieś takie lemingowskie wyznanie. Z życia opozycji, z życia koalicji?. Z własnego życia?

Bieganie? Po czterdziestce? Śladami Lisa? Jeden z jego kolegów po politycznym piórze, a przy okazji pardon, ale autor najgłupszego felietonu o bieganiu Anno Domini 2014, ze słynnym passusem o wyższości intelektualnej rowerzystów nad truchtaczami, zadeklarował, iż tego to już nie zniesie: „Dla biegacza pracował nie będę” – żartował z Igora Zalewskiego, który nawet z izotonikiem się nie sfotografował, reklamy natywnej nie uprawiał, tylko „poszedł pobiegać”.

To już jakaś epidemia na dziennikarsko/kulturalnym skwerku. Weźmy Wrocław. Świetna dziennikarka Wyborczej Magda Piekarska biega po Leśnicy i przy okazji sprawdza kto rozrzuca śmieci w lesie. Najlepszy fotoreporter w dzielni Michalak Mietek w Mietkowie nie robi zdjęć, tylko wita się ze mną na 5 kilometrze „piętnastki”, naczelny Radia Wrocław Tomek Duda zaczął od maratonu, potem zaliczył Ironmana, aż strach co teraz wymyśli, poza tym, że wciągnął już do biegania z ośmiu radiowców. Senator Jarosław Obremski ostatnio odebrał telefon, trenując gdzieś pod biegunem w Islandii czy innej Norwegii. Mieszkowski z Ewą Skibińską biegają, Jan Klata trenuje, Bartłomiej Topa z Tomaszem Karolakiem pewnie pojadą na mistrzostwa świata w triathlonie… No ludzie, bez przesady.

Jak się w to wpada? Różnie. Nie wiem jak było z Igorem, ale ostrzegam, niech nie robi takich comming outów, no i ostrożnie z obietnicami, bo to się może źle skończyć.

Ze mną było tak:

„Jacek, napisz coś o tym durnym maratonie, który znów zablokuje Wrocław” – poprosił jakiś redaktor. Był wrzesień 2010 roku.

„Coś? Ale co?” – zapytałem.

„Nie mam pojęcia, jakiś reportaż. Najlepiej uczestniczący”.

Na hasło „reportaż” zawsze reaguję jak sprinter na komendę startera. Może i podjąłbym nawet biegowe wyzwanie, ale na przygotowania miałem niewiele czasu. Trzy dni. No a przerwę w bieganiu trzy razy większą niż nadwagę. 25 lat. Bo coś tam jako licealista biegałem (nawet pamiętam, że reprezentowałem dumne barwy Calisii Kalisz.

Ale ambitnie ubrałem koszulkę, wziąłem wodę, dyktafon i ruszyłem… do samochodu. A potem napisałem żartobliwą relację z trasy maratonu. Taką, jakiej chyba dotąd nikt nie napisał: o tym „Jak prze…jechałem 42 kilometry 195 metrów”.). Na końcu nieszczęśliwie dodałem: „Obiecuję czytelnikom, że za rok maraton przebiegnę”.

antczak

Zacząłem trenować, a nawet prowadzić blog. Zapału starczyło na trzy treningi i dwa wpisy.

Pół roku później w desperacji zapisałem się do programu „I ty możesz zostać maratończykiem 2011”. I się zaczęło. Bieganie i pisanie o bieganiu. Takie biegopisanie, jak u Stachury życiopisanie. Nie tylko dlatego, że polubiłem ten swój jogging i wszystkie wariactwa, które się z nim wiążą. Zobaczyłem po prostu, że to kopalnia reporterskich tematów. Nie, nie o dietach, butach, interwałach, gadżetach czy ścianach (po 30 kilometrze) i tym podobnych sprawach, o których, na co dzień czytają biegacze, w każdym razie nie tylko. Okazało się, bowiem, że w tym dreptaniu po parkach i wałach, a przede wszystkim w ludziach, którzy wpadli w ten maratoński nałóg, w amatorach i profesjonalistach, w tych zakręconych i zdeterminowano-konsekwentnych, można znaleźć wszystko. Opowieści o wolności i miłości. O życiowych dramatach i przełamywaniu własnych słabości. O wyzwaniach, uczuciach, podróżach na inne kontynenty i w głąb siebie. O poczuciu szczęścia, niesieniu pomocy, filozofii życia. Albo o seksie. Albo o matematyce. Albo o raku. Albo o narkotykach. O biegu przez życie. Na różnych dystansach i z przeróżnymi wynikami.

11 września 2011 roku, w przeddzień swoich 42 urodzin, momentami w 42 stopniach Celsjusza (przy asfalcie), przebiegłem te swoje debiutanckie 42 kilometry oraz 195 metrów. A pół roku później następne 42, wraz z 35 tysiącami towarzyszy niedoli, w Paryżu.

AntczakzDuda

(„Które miejsce zająłeś?” – pytano. „Dwadzieścia cztery tysiące trzysta dziewięćdziesiąte szóste” – odpowiadałem zgodnie z prawdą)

Pół roku później były następny maraton, pół roku później… To kolejne „pół roku później” będzie za jakieś dwa miesiące, tym razem w Krakowie…

Uważaj Igorze, ten przyjemny niedzielny wieczór, może mieć nie najciekawsze konsekwencje, nie tylko w zerwaniu kontaktów towarzyskich czy tam zawodowych z przeciwnikami „biegactwa”. Poczytaj sobie o czym myśli Murakami, kiedy, myśli o bieganiu. Albo o czym biega, kiedy pisze, czy jakoś tak… Albo cokolwiek poczytaj, albo idź na Idę, tylko już nie biegaj.

 Autor | Jacek Antczak