Bez śniadania na Hauptbahnhof

Wrocławskie Targi Dobrej Książki, to prawdziwa libacja na kulturalnym skwerku, właściwie na dworcowym poddaszu. Lubię ten dworzec, targi jeszcze bardziej. Z kilkudziesięciu powodów, wśród których nie ma śniadania, bez którego umiem funkcjonować i dlatego czuję, że żyję, gdy w miejscu, w którym w grudniowy weekend po przepracowanej nocy i przebudzeniu się rano (w południe, wieczorem, czy tam nawet w nocy) idę tam, gdzie wprawdzie nigdzie nie można już zjeść śniadania, ale otaczają mnie pożeracze książek. I przedziwne, jakby wyjęte z nich postacie.

Gdy trafiłem tu w książkowy weekend, po raz 23 z rzędu zresztą – nie zataczając się niczym rower bez koła – tylko, tak prozaicznie, idąc prosto tunelem od Suchej i wjeżdżając po ruchomych schodach, od razu przypomniałem sobie komisarza Rybę. Prawdziwego, nie tego z Kilera, od „Co ty myślisz, cwaniaczku, że z piątego przykazania możesz sobie zrobić spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością?” Bo, prawdziwy komisarz Ryba, był można by powiedzieć, jednym z lepszych wrocławskich psów i przez kilka lat rządził komisariatem usytuowanym w prawym skrzydle dworca. W prawym, patrząc od „Dzień Dobry we Wrocławiu”, bo w lewym była agencja towarzyska. I po co był ten remont, i komu to przeszkadzało…? Komisarz Ryba miał nie mniejsze poczucie humoru od swojego słynnego imiennika i kiedyś przy okazji jakiejś wizyty Jerzego Stuhra na dworcu z megafonów zapowiedziano, że „komisarz Ryba zaprasza komisarza Rybę na kawę do komisariatu”. Aktor nie uwierzył.

Na targach książki też bywa zabawnie, czasem absurdalnie. W tym roku najbardziej ekscytowano się tym, kto tak naprawdę przeczyta (a jeśli już to w jakim czasie) prawie tysiąc stronicowe „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. Bo kupowali wszyscy. Czy biblia Olgi stanie się Ulissesem? Nie ma znaczenia, wspaniale jest zobaczyć takie gigantyczne kolejki do autorów książek, nawet jeśli są to blogerki modowe lub kulinarne. Dzięki targom pierwszy raz usłyszałem o pani Cudny, ba nawet ją zobaczyłem, cudna dziewczyna, ale i tak największa kolejka była do Stasiuka. Wszyscy chcieli, żeby podpisał się na „Wschodzie”.

Tylko w tym miejscu i czasie spotykać można stu czytających z pełnym zrozumieniem znajomych (nie mylić ze „znajomymi”) i przyjaciół w niezwykłym zagęszczeniu powierzchniowym i statystycznym. Na dodatek są to ludzie, którzy już na wejście zadają człowiekowi przedziwne egzystencjalne pytania: „Widziałeś gdzieś Rankova od Angelusa?” albo „Czytałeś z dziećmi drugą część powieści o skarpetkach z Czeskich Klimatów? Nie? To musisz, genialne”. Tylko tu można usłyszeć zażartą dyskusję dwóch nieznających się panów o dziejach bratanków Kazimierza Wielkiego czy tam Zygmunta Starego i ich wpływie na losy Rzeczpospolitej, a kto wie, może i Wszechświata. Tylko tu można spotkać alter ego Łyssego do złudzenia przypominającego autora retro kryminałów, albo największego skandalistę literackiego roku, nie tylko bez pseudokochanka, ale i bez feministki i sekretarza u boku, za to z Sońką pod pachą.

No i ci wystawcy-wydawcy, którzy często znają swoje książki lepiej od autorów a niektórzy w euforii robią rzeczy, które się po prostu nie zdarzają. Byłem na przykład świadkiem gdy naliczyli spłukanemu już czytelnikowi 100-procentową zniżkę, na jakiś bestseller. Ok, wszystko jest możliwe, łącznie z częstym myleniem „Pięćdziesięciu twarzy Greya” z herbatą EarlGreya, ale to byli ludzie z Krakowa i Poznania. Takie rzeczy, to tylko we Wrocławiu. Taka libacja czytelnicza tylko na skwerku dworcu. Bez śniadania. Bez śmiejących się do nas szeroko znad białego jak śnieg jogurtu i chrupkiego musli. Bez metafor. Z literaturą.

Autor | Jacek Antczak