Jacek Antczak: Zgraj to jeszcze raz, Angelusie

W urodzinowym numerze Jacek Antczak postanowił powspominać Angelusa. W nowym cyklu: ANTRAKT W TRAKCIE.

Konrad Imiela jako rozśpiewany Cygan (w toplesie i nieogolony rzecz jasna), Kinga Preis wcielająca się w Izoldę z jej niezwykłymi wojennymi losami z „Króla kier znów na wylocie” Hanny Krall, ksiądz Cezary (Studniak) ze swoim kazaniem o łajdaczących się niewiastach, czy Wojtek Waglewski interpretujący muzycznie wstrząsającą „Śmierć w bunkrze” Martina Pollacka. Nie widzieliście? To poczytajcie.

Justyna Szafran i Konrad Imiela podczas gali Angelusa 2014

Ponoć książki czyta co drugi z nas i jedną na rok. Z tych czytających, pewnie co dziesiąty ich słucha (audiobooku), ale jest taki dzień we Wrocławiu, że fragmenty znakomitych powieści można zobaczyć. Można skonfrontować ich bohaterów z własną wyobraźnią, porównać z tym, co dostrzegł w nich inny czytelnik – aktor, scenograf, reżyser, muzyk. Nie, nie chodzi o coraz popularniejsze filmowe trailery nowych powieści. Chodzi o teatr. Teatr literatury. No może, nie teatr ogromny, ale jakąś jego namiastkę. Jakiś akt w trakcie antraktu:)

Niedawno we wrocławskim Teatrze Capitol, już po raz dziewiąty wręczono Angelusa, Nagrodę Literacką Europy Środkowej. Dostał ją tym razem Słowak, Pavol Rankov za znakomitą powieść „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”. Do finału prestiżowej nagrody rokrocznie dostaje się siedem książek prozatorskich, które ukazały się w naszym kraju w czasie minionych dwunastu miesięcy. Powieści lub reportaży autorów z dwudziestu krajów „regulaminowo” zakwalifikowanych do kraju Europy Środkowej . Wrocław jest bardzo gościnny, bo mimo iż w finałach znalazło się już kilkadziesiąt tytułów polskich autorów (wśród nich m.in Pilcha, Stasiuka, Dehnela, Vargi, Libery, Tokarczuk, Kruszczyńskiego czy reporterów takich jak Krall, Szejnert, Szczygieł i Tochman) to jeszcze żadnemu z nich nie wpadło w ręce najwyższe laury, czyli 150 tysięcy złotych. Za to mogli zobaczyć fragmenty swoich powieści czy reportaży na scenie. W teatralnym finale.

Bo gala Angelusa zaczyna się od swego rodzaju literackiego spektaklu utkanego z książek. Pomysł znakomity, zadanie ambitne, z wykonaniami bywa różnie. Emocji jednak nie brakuje. Kilkukrotnie byłem świadkiem, jak pisarze dziękowali aktorom za niezwykłe czasem interpretacje ich dzieł. Kilka lat temu, gdy Kinga Preis tuż po spektaklu wyszła z teatru, Ewa Skibińska na prośbę autorki dzwoniła do niej i przekazała słuchawkę Hannie Krall. Okazało się, że obie wielkie postacie (literatury i teatru) z różnych pokoleń, były pod wielkim wrażeniem – aktorka książki, autorka aktorki. Przed dwoma laty białoruska pisarka Natalka Babina, wręcz zapuściła się w zakulisowe labirynty starego jeszcze Capitolu w poszukiwaniu młodej aktorki, która brawurowo odgrała kilka scenek z jej powieści „Smutek ryb”, którą zresztą niezmiennie polecam, jak i wszystkie inne angelusowe książki. Zaskoczona dziewczyna została wyściskana i obdarowana przez autorkę wielkim bukietem kwiatów.

Ale bywa też inaczej. Czasem widzowie-czytelnicy, mają wrażenie, że niektóre etiudy zupełnie nie oddają charakteru książki, że dobrany został nienajlepszy kawałek, a wizja reżysera może po prostu odstręczać od lektury, czyli efekt jest odwrotny od zamierzonego.

Widać jednak, że reżyserzy Angelusowych Gal, nie traktują tego jak fuchy. To nigdy nie są zwykłe recytacje (co czasami byłoby też nienajgorsze), mają swoje czasem zwariowane pomysły na inscenizację poszczególnych etiudek.

studniak

Cezary Studniak podczas Angelusa 2011

A ostatnio próbują połączyć w jednym „minispektaklu” wodę z ogniem. Czyli, przykład z minionego roku, na przykład prozę Myśliwskiego z opowieścią o rosyjskich kobietach z lat 60. opisanych przez Jelenę Czyżową w „Czasie kobiet”. Nie oszukujmy się, czasem widać – i to nie jest wielki zarzut – że reżyser nie miał czasu na lekturę wszystkich siedmiu książek, a aktorzy mieli na próby, co najwyżej siedem dni, choć podejrzewam, że czasem było to nawet mniej niż siedem prób. Ale to nie ma znaczenia i tak niektóre z tych przyczynkarskich i jednorazowych w końcu etiudek literacko-aktorskich chciałoby się oglądać wielokrotnie. Galę reżyserowali już m.in. Bolesław Pawica, Konrad Imiela, dwukrotnie Tomasz Man, który zrobił to świetnie – cóż tak literackie nazwisko zobowiązuje. W tym roku nieźle wywiązał się z zadania młody reżyser Jacek Bała. Akurat scenka ze zwycięskiej książki słowackiego pisarza należała do najlepszych części angelusowych prezentacji, choć także najbardziej konwencjonalnych. To bezpieczne, gdyż zdarzały się etiudy po prostu przerażające i smutne, do książek, które w lekturze nie niosły za sobą takiego przesłania.

Link do relacja z gali Angelusa z 2011 roku w reżyserii Tomasza Mana

Aczkolwiek taka teatralna zabawa z dobrą literaturą pokazywały kunszt i możliwości aktorskie. Ciekawe, czy ktoś, kto decydował się potem na pełną adaptację lub ekranizację nominowanych do Angelusa książek oglądał te teatralne wprawki. Może byłoby warto. Z pewnością Konrad Imiela, Justyna Szafran czy Kinga Preis dostali by potem główne role. A i nakłady honorowanych we Wrocławiu książek poszłyby w górę.

Autor | Jacek Antczak
Zdjęcia | mat. prasowe / angelus.com.pl

 *

JACEK ANTCZAK – jest felietonistą „Dzielnic Wrocławia”, można go usłyszeć w każdy czwartek w Radio Wrocław Kultura.