O przebiegu swojej dotychczasowej kariery, grze w koszykarskiej ekstraklasie, postrzeganiu siebie jako zawodnika, a także fenomenie beniaminka I ligi koszykówki mężczyzn opowiada Jakub Koelner, kapitan WKK Wrocław.

Oliwia Stasiak: – Zacznę dość nietypowo. Skąd wziął się Twój pseudonim – Barman?

Jakub Koelner: – Zawsze miałem dużo ksywek. Barman wzięło się od nazwiska, ponieważ wszyscy mówili Kelner. Większość osób, nawet spikerzy na salach, nie potrafią poprawnie wypowiedzieć mojego nazwiska. Barman przyjęło się na zasadzie przeciwieństwa.

A pozostałe pseudonimy?

Jakub Koelner: – Czasami na kadrze przez mój typ urody chłopaki mówili na mnie żartobliwie Czeczen. Pierwszy pseudonim, jeszcze z trzeciej klasy podstawówki to Pantera. Mój pierwszy trener nazwał mnie tak, dlatego że przyszedłem kiedyś na trening i zapomniałem skarpetek na zmianę, a te, które miałem były prążkowane.

Więc nie miało to nic wspólnego z tym, jakim typem zawodnika jesteś. Analizujesz jednak każde zagranie czy nie myślisz o tym, wychodząc z hali?

Jakub Koelner: – Ja akurat często mocno przeżywam mecze, szczególnie swoje. Później analizuję i oglądam każde spotkanie, zwłaszcza, jeśli coś się nie udało. Staram się wrócić do tego i zobaczyć, co poszło nie tak. Czasami lubię powycinać swoje udane akcje i powtórzyć to sobie na video. Znam jednak takich zawodników, którzy przychodzą na trening skupieni, a po nim nie myślą już o koszykówce. Ja żyję nią cały czas. Sprawdzam wiadomości, oglądam filmiki i mecze, śledzę nowe trendy. Najbardziej oczywiście uwielbiam NBA.

Podpatrujesz różne zagrania i starasz się przełożyć je na swój styl gry?

Jakub Koelner: – Tak. Zawsze latem, gdy pracuję z trenerem Niedbalskim wysyłam mu akcje, które mi się spodobały. Od niego również dostaję zagrania, które mógłbym wdrożyć. Pracujemy nad tym wspólnie. Moim ulubionym zawodnikiem jest Damian Lillard, więc podpatruję jego styl gry. Czasami wychodzi z marnym skutkiem, ale podoba mi się to, jak gra, więc staram się przełożyć to na siebie.

– Zadebiutowałeś w PLK, mając tylko 18 lat. Jakie to przeżycie dla tak młodego gracza?

Jakub Koelner: – Dostałem kilka szans od trenera Rajkovicia. Starałem się grać jak najlepiej umiałem, zwłaszcza mocno w obronie. Wiadomo, że byli zawodnicy lepsi ode mnie, dlatego nie chciałem zmarnować swojej okazji i pokazywałem zaangażowanie na boisku. W jednym z meczów trener dał mi szansę gry całą długą połowę bez zmiany, bo potrafiłem pokryć lidera rywali. Gra u boku Roberta Skibniewskiego czy śp. Adama Wójcika to niesamowite przeżycie. To takie małe spełnienie marzenia z dzieciństwa, bo grałem razem ze swoim idolem. Trudno to powtórzyć.

– Później przyszła jednak szara rzeczywistość i powrót na dwa sezony do II ligi. Czułeś się rozczarowany?

Jakub Koelner: – Wtedy niekoniecznie, ponieważ kończyłem sezon z kontuzją. Miałem operację Achillesa, także potrzebowałem czasu i miejsca, w którym mógłbym się obudować. Stworzyliśmy wtedy ciekawy zespół, naszym celem był awans do I ligi. Udało się to zrealizować. Nie uważam, żeby był to stracony czas, wspominam ten okres bardzo dobrze. Później krok po kroku szedłem w górę.

– Po trzech latach ponownie trafiłeś do PLK. Czy z perspektywy czasu, transfer do MKS –u Dąbrowa Górnicza mógł być przełomowym momentem w Twojej karierze?

Jakub Koelner: – Zdecydowanie tak. Patrząc na to teraz, uważam, że źle zrobiłem, odchodząc z MKS-u. Na początku grałem średnio piętnaście minut, rzucałem kilka punktów, miałem stałe miejsce w rotacji, a trener mi ufał. Później był transfer do Trefla Sopot, trochę młodzieńczych błędów i niesnasek z trenerem. Myślę, że gdybym przetrwał kryzys, grając w Dąbrowie, gdzie miałem kontrakt na dwa lata, to w następnym sezonie znów dostałbym szansę.

Podczas pobytu w Treflu przydarzyła Ci się kontuzja, która znacznie utrudniła plany.

Jakub Koelner: Tam sytuacja potoczyła się nie po mojej myśli. Kiedy przechodziłem do zespołu, ustalenia były inne. Miałem pomóc zespołowi, a tak naprawdę klub podpisał kontrakt także z innym zawodnikiem grającym na mojej pozycji. Przyszedłem tam z myślą, że będę grał, ale nie dostawałem tylu minut, ile bym chciał, dlatego poprosiłem o wcześniejsze rozwiązanie umowy.

Kolejnym przystankiem był Ostrów Wielkopolski. Rozegrałeś tylko dwa spotkania. Zostałeś także zawieszony za nieprofesjonalne wykonywanie obowiązków.

Jakub Koelner: – Faktycznie to była dość nieprzyjemna sytuacja. Najpierw byłem na testach, udało się je przejść. Trener wybierał do gry jednak innych zawodników, przez co byłem sfrustrowany. Podczas okresu przygotowawczego często biegaliśmy po piasku, więc pojawiały się problemy ze stopami. Większość z nas narzekała. Mnie osobiście bolał Achilles, lekarz stwierdził, że potrzebny jest zabieg, a klub robił mi problemy. Miałem nawet sprawę w sądzie apelacyjnym Polskiego Związku Koszykówki, ale ostatecznie wszystko jakoś się rozeszło. Postanowiłem zamknąć ten rozdział.

Wtedy wróciłeś do I ligi. Wraz z Polonią Leszno udało się odbudować formę.

Jakub Koelner: – Bardzo dobrze wspominam sezon w Lesznie. Myślę, że nie licząc tego, który właśnie trwa, był to mój najlepszy czas. Trener Grudniewski, mimo że byłem po kontuzji, zaufał mi i dał szansę. Był cierpliwy zanim odzyskałem sprawność. Z zespołem osiągnęliśmy dobry wynik. Niewielu spodziewało się, że z takim składem będziemy walczyć w play-offach.

Po dobrym sezonie, po raz kolejny zawitałeś na ekstraklasowe parkiety.

Jakub Koelner: – Pojechałem tam na testy i przekonałem do siebie trenera. Z biegiem czasu dostawałem kilka minut. Później w drużynie przytrafiły się kontuzję i zacząłem grać jako rozgrywający. Klub chciał mi dać szansę, ale nie wykorzystałem jej, bo nie czułem się pewnie na tej pozycji. Przyszedł Skibniewski, a my z rozwiązaliśmy umowę za porozumieniem stron. Nie chciałem się męczyć i siedzieć na ławce.

Bliżej Ci jednak do gry jako rzucający.

Jakub Koelner: – Czuję się zdecydowanie pewniej. Jako rozgrywający mogę grać kilka minut, dać zmianę albo być opcją awaryjną jak w Polonii. Wtedy też borykaliśmy się z kontuzjami, więc musiałem rozgrywać. Wiedziałem jednak, że nie zejdę na ławkę po jednym czy dwóch błędach. Inaczej się gra, gdy masz w perspektywie trzydzieści minut meczu i zaufanie, a nie świadomość, że zaraz możesz znaleźć się na ławce za prosty błąd. Tak sytuacja wyglądała w Turowie. Gdy zaczynałem mecz dobrym zagraniem, spędzałem na boisku więcej czasu, jednak kiedy to było złe zagranie, siadałem na ławce.

W ostatnim sezonie grałeś średnio niecałe osiem minut. Teraz jest ich o dwadzieścia więcej.

Jakub Koelner: – Przez to, że w Zgorzelcu skończyłem sezon wcześniej, to tak naprawdę od marca przygotowywałem się do następnego. Wzmacniałem się fizycznie i póki co (mam nadzieję, że tak zostanie) jest to pierwszy sezon, w którym nie licząc złamanego nosa, nie mam urazów mięśniowych ani żadnych przeciążeń. Wcześniej często coś mi dolegało, więc widać, że wykonana przed sezonem praca owocuje teraz. Jestem zadowolony, że jestem w stanie tyle grać.

W jaki sposób złamałeś nos?

Jakub Koelner: Właściwie to złamał mi go Łukasz przypadkiem na treningu. To było moje siódme złamanie. Później w meczu z Pruszkowem znów dostałem. Urazy nosa zdarzały mi się tak często, że dwa razy zdarzyło mi się nastawiać złamanie samemu bez znieczulenia. Jestem już na tyle znieczulony na ten ból, że wiem, co mogę zrobić. Zdarzyło mi się także grać ze złamanym nosem. Wiadomo, że trochę gorzej się oddycha, ale nie musiałem przez to pauzować.

Teraz jesteś jednym z liderów swojego zespołu. Czujesz na sobie ciężar odpowiedzialności, szczególnie w tych kluczowych momentach?

Jakub Koelner: Pełnię rolę kapitana, więc wiem, że trzeba dać drużynie impuls, powiedzieć kilka ostrych słów i pobudzić zespół. Jestem w stanie to zrobić. Nie musi to być moje zagranie, wystarczy poderwanie kolegów, przekazanie pozytywnych emocji, czasem podniesienie głosu. Biorąc pod uwagę moją rolę na boisku, wiem, że jestem zobligowany, żeby oddawać rzuty w ważnych momentach. Ciężar gry, szczególnie w końcówka, jest rozłożony między innymi na mnie.

W rzutach za trzy punktu aktualnie w całej lidze nie masz sobie równych. Poświęcasz na nie najwięcej czasu podczas treningu?

Jakub Koelner: Jest to element, który najbardziej lubię. Zwykle jest tak, że jak się coś lubi, to łatwiej się do tego zmobilizować. Rzucanie jest kwintesencją koszykówki, a ja zawsze miałem do tego jakąś smykałkę. Staram się szlifować to cały czas. Kiedy jestem sam na sali, korzystam z maszyny do podawania piłek i w ciągu trzydziestu minut jestem w stanie oddać naprawdę dużo rzutów.

Czego w takim razie nie lubisz?

Jakub Koelner: – Najbardziej nie lubię treningu kozłowania. Mimo to wiem, że jest mi potrzebny, więc cały czas ćwiczę, chociaż już chyba nigdy nie będę w tym aspekcie mistrzem. Myślę, że to jest też taka rzecz, która przeszkodziła mi właśnie w Turowie. Kozłowanie nie jest moją najmocniejszą stroną, a to element gry, na którym musiałem polegać, rozrywając w Zgorzelcu.

Jaki cel postawiłeś sobie przed sezonem?

Jakub Koelner: Na pewno chciałbym, żebyśmy jako drużyna byli na jak najwyższym miejscu, więc mam nadzieję, że będę w stanie pomóc. Chciałbym poprawić swoją grę w obronie. Miło byłoby zakończyć sezon na pierwszym miejscu w kwalifikacji najlepiej rzucających za trzy punkty.

WKK jako beniaminek ligi to niewątpliwie niespodzianka. Zgodzisz się z tym?

Jakub Koelner: Myślę, że tak. Chyba nikt nie zakładał, że będziemy tak wysoko, jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Liczę, że podtrzymamy tę formę z pierwszej rundy i będziemy w stanie dalej zaskakiwać tych teoretycznie lepszych, a z teoretycznie słabszymi regularnie wygrywać. Nie udało się to w pierwszych kolejkach rundy rewanżowej, ale mam nadzieję, że już w następnym meczu zdobędziemy komplet punktów.

U siebie jesteście niepokonani. Rzuciliście na halę specjalny urok?

Jakub Koelner: Wydaje mi się, że liga jest na tyle specyficzna, że na własnym parkiecie każda drużyna pokazuje kilka procent umiejętności więcej. Patrząc na tabelę, jest sporo zespołów, które wygrywają głównie u siebie, a przegrywają na wyjazdach. Niestety można powiedzieć, że my też się do nich zaliczamy. Nasza hala nie jest tak specyficzna jak np. Pogoni Prudnik, jednak my gramy tutaj bardzo dobrze, a innym zespołom przychodzi to trudniej.

Gracie szybko i agresywnie. Czy to Twoim zdaniem może przesądzić o wygranej nawet z drużyną lepszą?

Jakub Koelner: Myślę, że tak. Gramy szybko, a część drużyn na tym poziomie nie jest przygotowana na tak dużą intensywność przez cały mecz. To z pewnością jest nasz atut, gdyż udaje Nam się grać agresywnie niemal przez całe czterdzieści minut. Jedynie w końcówkach ostatnich spotkań w pierwszej rundzie dopadło nas małe zmęczenie, ale w wielu spotkaniach to miało duże znaczenie w kontekście naszego zwycięstwa. Nie jesteśmy wygodnym przeciwnikiem.

Przystąpiliście do rozgrywek jako beniaminek, jednak utrzymujecie się w czołówce tabeli. Play-offy to minimum, które sobie zakładacie?

Jakub Koelner: Zdecydowanie tak. Wiadomo, że najpierw celem było utrzymanie, ale patrząc na to, jak sobie radzimy, mierzymy znacznie wyżej. Play-offy to plan minimum. Chcielibyśmy zakończyć sezon zasadniczy na miejscu, które premiuje przewagę parkietu w pierwszej rundzie, czyli w czołowej czwórce. Nie będzie to łatwe, bo drużyny już się wzmacniają, zdążyły się też poznać i dograć. Runda rewanżowa będzie więc zdecydowanie dużo cięższa.

– Jesteście jednym  z najmłodszych zespołów w lidze. Jak wygląda Wasze połączenie młodość z doświadczeniem?

Jakub Koelner: Wszyscy się ze sobą dogadują. Młodsi chcą się pokazać i wybić, a starsi udowadniają, że grają za wysokim poziomie i pokazują, że nie są tutaj z przypadku. Każdy stara się pomóc drużynie tak, jak umie. Na treningach ciągle się dogrywamy, a dzięki naszemu stylowi gry, ciągle rozwijamy nowe umiejętności.

Który z meczów okazał się przełomowy dla całej drużyny?

Jakub Koelner: W pierwszej kolejce pauzowaliśmy, a później z Łowiczem graliśmy falami. W następnym meczu wysoko przegraliśmy z AZS-em AGH Kraków, więc chyba dopiero spotkanie z Górnikiem było tym, w którym wszystkie elementy układanki ułożyły się w całość. Choć pierwsza połowa była na remis, to w drugiej wskoczyliśmy na wyższe obroty i pokazaliśmy, na co będzie nas stać.

Są jednak elementy, nad którymi ciągle musicie pracować. Który Twoim zdaniem wymaga największej poprawy?

Jakub Koelner: Myślę, że zbiórka. Było kilka meczów, które przegraliśmy właśnie na desce. Nie mamy najwyższego składu, czasem czujemy brak typowego środkowego. Każdy z nas musi się włączyć i zaangażować. Mamy swoje mocne strony i to trzeba wykorzystywać, a te słabsze starać się zniwelować i markować.

Czy planujecie niedługo jakieś wzmocnienia drużyny?

Jakub Koelner: – Na razie nie. Stawiamy na ten skład, który mamy. Każdy będzie musiał dać od siebie jeszcze więcej. Być może któryś z młodszych kolegów wskoczy do składu i będzie zaskoczeniem dla reszty zespołów. Na pewno wszyscy postaramy się dać z siebie wszystko, żeby utrzymać wyniki i walczyć o play-offy.

We Wrocławiu macie mocnego rywala, jakim jest FutureNet Śląsk Wrocław. Jak z naszej strony wygląda ta rywalizacja?

Jakub Koelner: Zawsze jak są derby, czuć, że to szczególnie ważny i wyjątkowy mecz. Każdy chce się pokazać, jest dodatkowa adrenalina. Myślę, że to jest dobre dla koszykówki we Wrocławiu, co widać było po frekwencji na ostatnich derbach. W rundzie rewanżowej także spodziewamy się tłumu. Myślę, że u siebie możemy wygrać z każdym i w starciu ze Śląskiem będziemy chcieli się poprawić. Tamto spotkanie nie wyszło nam najlepiej, ale teraz liczymy na rewanż.


Autor: Oliwia Stasiak
Zdjęcie: WKK Wrocław