- REKLAMA -

Johnny English powrócił. Nie jest może w tak znakomitej formie, jak przed laty, jednak to wciąż Brytyjski agent, tyle, że na emeryturze.

Wybierając się na film, miałem mieszane uczucia. Nie przepadam za Jasiem Fasolą, więc i sam Atkinson nie należy go grona moich ulubionych aktorów. Jednak obraz okazał się dużo lepszy niż zakładałem. Wszystko za sprawą starych, sprawdzonych gagów i szczypty nowoczesności. Nie jest to może najwyższy jakościowo poziom humoru, jednak jest go tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie – a gromki śmiech na sali kinowej tylko w tym pomaga.

Film rozpoczyna się od ataku hakerskiego, który demaskuje wszystkich aktywnych, Brytyjskich agentów – zdekonspirowani nie mogą już wyruszyć w akcję. Zostaje podjęta decyzja o przywróceniu do czynnej służby starych, gorszych jednostek, w tym Johnny’ego Englisha (Rowan Atkinson), który (na emeryturze) uczy geografii w jednej ze szkół.  

Powrót Englisha od początku sygnalizowany jest jako powrót pewnej epoki – starej szkoły wywiadu. Unika on technologicznych nowinek, stawiając raczej na staroświeckie, teoretycznie sprawdzone, rozwiązania. I jak na ironię, zmierzyć musi się z cyberprzestępcą, który dokonuje coraz to nowych ataków na terytorium Wielkiej Brytanii. Prawdziwy pojedynek pokoleń. Johnny sięga po wiele gadżetów rodem z Bonda – wybuchowe żeli, samopompujący się ponton w pudełku na buty, czy ultranowoczesny (wciąż analogowy) egzoszkielet pochodzący w minionego wieku. Jest też Aston Martin – staroświecka alternatywa dla nowoczesnych samochodów elektrycznych.

Walka jednak nie jest równa, ale też nikt nie obiecywał, że będzie. Przewagą Englisha jest jego towarzysz Bough (Ben Miller), który wyciąga go z większości opresji – stanowi języczek u wagi, gdy na szali ważą się losy powodzenia misji. Jeśli idzie o postać graną przez Atkinsona, zdecydowanie bliżej jej do Jasia Fasoli, niż Johnny’ego Englisha, którego znamy z poprzednich części. Jednak nic w tym złego. Jego bohater pozostał uroczo niezaradny, nieco naiwny oraz pełen heroicznej wiary w podupadający świat i własne możliwości. Film jest pełen typowego dla Atkinsona humoru.  

W filmach o Brytyjskich agentach nie mogło zabraknąć pięknej kobiety – w Nokaucie jest to Ophelia, w którą wciela się Olga Kurylenko oraz przebiegłego arcywroga – Jason (Jake Lacy). Od strony aktorskiej film może nie powala, jednak stoi na przyzwoitym poziomie. Atkinson jest Jasiem, a Miller wypada najlepiej z całej obsady. Czego chcieć więcej – a przyzwoitej fabuły na ten przykład, bo ta, którą zaoferowali nam twórcy jest strasznie naiwna i prostacka. Tempo filmu nieco to maskuje, jednak zawiązana intryga jest po prostu głupia i takie też są decyzje podejmowane przez niektórych bohaterów – nie mówię o Johnnym, mu można wybaczyć, taka jego rola.    

Johnny English: Nokaut” jest niczym emerytowany agent, którego przywrócono do służby – trąci myszką, nie powala charyzmą i urokiem, jednak ma spory bagaż doświadczeń, którym nadrabia wywołane podeszłym wiekiem niedociągnięcia. W dodatku wszyscy go kochają – no prawie wszyscy. Johnny da się lubić, po prostu trzeba mu dać szansę.


Autor: Patryk Wolny