Jonathan Carroll: Kraina Chichów [RECENZJA]

Ciągle tu jestem i nie dałem się Sapkowskiemu i jego kanonowi, a to oznacza, że kolejna książka za mną. I tak jak pisałem w zeszłym tygodniu, w tym zaprezentuję “Krainę Chichów” Jonathana Carrolla. Jest to już piąty wpis, ale nie piąta książka, bo tych było już osiem; niestety według punktacji, jaką Sapkowski zamieścił przy kanonie (całe serie liczą się jako jedna książka, o zgrozo), ciągle jestem Laikiem, no cóż…

Jonathan Carroll jest pisarzem o zdecydowanie mniejszym dorobku nagrodowym niż ci, o których pisałem wcześniej. Niemniej, jest on bardzo popularny i lubiany w Polsce. A co za tym idzie – jego książki najpierw ukazują się w naszym kraju – miłe wyróżnienie.

“Kraina Chichów” (nie Cichów, jak kiedyś sądziłem) to jego debiutancka powieść. Co ciekawe, udało się ją wydać dopiero, gdy zarekomendował ją Stanisław Lem (co samo w sobie musi brzmieć dobrze, jeśli ktoś zastanawia się, czy Krainę przeczytać). Ale zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych pewnie ważniejsza będzie moja opinia, a nie naszego sławnego futurologa, więc między innymi dlatego ją tu zamieszczę.

Mierząc się z książkami z kanonu Sapkowskiego już raz miałem przyjemność czytać powieść z gatunku urban fantasy (gwoli przypomnienia “Nigdziebądź” Neila Gaimana) i z przykrością dla niektórych powiem, że według mnie pojedynek wygrała ta pierwsza książka. To nie tak, że Kraina jest zła. Po prostu tutaj przez trzy czwarte książki mało się dzieje. Tajemnica jest gdzieś tam zarysowana, coś tam w tle się odbywa, nad czymś się zastanawiamy, ale nim wszystko wyjdzie na jaw trochę się nudzimy, dodatkowo irytując się na głównego bohatera.

Jeśli już przy nim jesteśmy; Tomasz Abbey to syn znanego aktora, który zawsze był w cieniu ojca i trochę go to boli. Nie może znieść faktu, że ludzie znają go jako “syna swojego ojca” a nie Tomasza. Postanawia to zmienić. A tym, co ma mu to umożliwić, jest napisanie biografii swojego ulubionego pisarza – tajemniczego Marshalla France’a. Jednak żeby miał taką możliwość, musi przekonać do siebie jego córkę – Annę – która z kwitkiem odesłała już kilku niedoszłych biografów.

Z początku główny bohater daje się lubić. Pokazuje nam swoją obsesję na punkcie France’a, a my kibicujemy, by dopiął swego. Jednak z czasem okazuje się, że Tomasz jest całkiem inny, niż sądziliśmy na początku. Żadne wydarzenie się do tego nie przyczyniło, po prostu wraz z rozwojem fabuły okazuje się, że to, co o nim myśleliśmy, jest błędem. Tak jakby Carroll nie do końca zaplanował jego charakter albo nie całkiem przemyślał tę zmianę w bohaterze. A szkoda, bo teraz jak o tym myślę, nie jestem wstanie przypomnieć sobie żadnego innego protagonisty, którego bym nie lubił. Dopiero na końcu książki Tomasz trochę się rehabilituje, jednak mimo wszystko niesmak pozostał, tak jak mój ambiwalentny stosunek do niego.

Pomysł na fabułę jest oryginalny, chyba nikt przed Carrollem na niego nie wpadł (o ile mi wiadomo, ale mogę się mylić). Ale jedna rzecz odebrała mi znaczną przyjemność z czytania. Gdzieś w połowie książki – może trochę wcześniej, może później, to nieistotne – pokusiłem się o odgadnięcie fabuły. Założyłem kilka rzeczy, że to i to, okaże się tym i tym. I to nie był dobry pomysł, bo moje domysły pokryły się w jakichś osiemdziesięciu procentach z tym, co napisał Carroll. A zaprawdę powiadam Wam, że średnio czyta się powieść, gdy większość plot twistów odgadłeś wcześniej. Mimo wszystko zakończenie to coś, co mocno ratuje tę książkę i choćby ze względu na to, śmiało możecie po nią sięgnąć.

Powieść jest raczej krótka, ma raptem niecałe trzysta stron, więc nie stanowi poważnego wyzwania dla wprawionego w bojach czytelnika. Jeśli mam być szczery, widać, że to debiut, Carroll nie do końca zapanował na swoim pomysłem, coś mu się wymsknęło i wyszło jak wyszło, ale tak jak pisałem wcześniej, to wcale nie oznacza, że to słaba książka. Po prostu wiem, że stać go na więcej, jak choćby w “Białych Jabłkach”, które bardzo lubię.

W przyszłym tygodniu zmierzymy się z czymś lżejszym i bardziej humorystycznym, a mianowicie z “Mortem” Terry’ego Pratchetta.

Autor | Robert Plesowicz


WCZEŚNIEJSZE RECENZJE: