„Kochanie na kredyt” w reżyserii Olafa Lubaszenki, to opowieść o pragnieniu miłości, uzależnieniu od drugiego człowieka, pieniędzy i technologii. Znane ze szklanego ekranu twarze, gwarantują widzom wyśmienity humor i dobra zabawę.

Z zasady nie lubię komedii. Do kina na nie chodzę. Ale to chyba nie jest dobry początek recenzji spektaklu, który bardzo mi się podobał. Zacznę więc inaczej: „Kochanie na kredyt” rozłożyło mnie na łopatki. Gdyby nie to, że ochrona bacznie sprawdzała, czy wszyscy widzowie opuścili salę widowiskową, pewnie wciąż siedziałabym na swoim miejscu i trzymała za trzęsący się od śmiechu brzuch. Zupełnie nie spodziewałam się takiej dawki humoru. Tym bardziej, że idąc na ten spektakl, byłam tuż po premierze „Czarodziejskiego fletu” we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie również głośno dawałam wyraz swojemu zadowoleniu. Nie sadziłam, że jeszcze tego samego wieczora będę miała na tyle sił i głosu, by kolejne salwy śmiechu z siebie wydobyć. A jednak. Pomysł znakomity, utrzymany w tempie, nie zostawiający widzowi ani momentu na nudę. Historia ładna i w ciekawy sposób podana. A rzecz ma się następująco: Na scenie mamy dziewczynę, żyjącą ponad stan. Zadłużoną po uszy i uzależnioną od zakupów. Dobrze płatna praca przyzwyczaiła ją do kupowania butów i sukienek za kilka tysięcy. Pech chciał, że praca się skończyła, a przyzwyczajenia zostały. Anna Pudelska, nasza główna bohaterka (znakomita Agnieszka Sienkiewicz) jest też uzależniona od pewnego osobnika płci męskiej( Przemysław Sadowski, cudownie zabawny i porywający) który z mężczyzną nie ma zbyt wiele wspólnego. Oprócz tej niepasującej do siebie pary jest też macocha pani Ani Grażyna, (fantastyczna pod każdym względem Małgorzata Pieczyńska), która nie stroni od mężczyzn i ich portfeli, zabójczo przystojny komornik Dominik (intrygujący Filip Bobek) oraz ochroniarz komornika, jąkała (Piotr Zelt, w pełni formy). Cały ten zestaw osobowości, ta menażeria przerysowanych postaci, jest wystarczającym powodem do tego, by zobaczyć ich w akcji. Absolutnie niespodziewanym hitem jest odkryty tu komediowy talent Małgorzaty Pieczyńskiej, która szerszej publiczności znana jest z ról poważnych matek, czy kobiet z silnym charakterem. A w „Kochanie na kredyt” kusi szeleszczącymi sukienkami projektu Tomasza Jacykowa i niezwykłym temperamentem. Ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie bystre oko autora sztuki Mariusza Szczygielskiego, który jest znakomitym obserwatorem i inteligentnym komentatorem życia rodzimych celebrytów. O jednym z nich właśnie w „Kochanie” jest mowa. To oderwany od rzeczywistości „gwiazdek” skupiony na swojej wątpliwej jakości sławie, grany przez Przemysława Sadowskiego, który wierzcie mi, nie został wybrany po warunkach. Oznacza to, to tylko jedno, że włożył mnóstwo wysiłku, by sprostać wymaganiom reżysera. Muszę przyznać, że po jąkale, wykreowanym przez Piotra Zelta, niewiele się spodziewałam. Jednak zostałam mile zaskoczona, gdy okazało się, że pod górą mięśni iskrzy talent i to nie sitkomowy, nie ten wyniesiony z „13 posterunku”. Wisienkami na torcie są Agnieszka Sienkiewicz i Filip Bobek. Ta para wprowadza na scenę odrobinę refleksji i romantyzmu. Czuć, że bawią się znakomicie postaciami i świetnie odnajdują w obranej konwencji. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować aktorom, a widzów zaprosić na spektakl.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | mat. prasowy