Król Kong powraca na ekrany kina za sprawą Jordana Vogt-Robertsa. Czy reżyserowi, pomimo małego doświadczenia, udało się przywrócić legendę do życia, czy też była wskrzesił jedynie dawno zapomniane dziwadło, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego? – pisze Patryk Wolny.

Kong zachwyca od pierwszych minut. Otwarcie, stylizowane na obrazy z lat 70., skróty z wojny w Wietnamie, nastrojów politycznych w Stanach, klasyczna muzyka – to wszystko skutecznie buduje klimat. Jedna z pierwszy scen: brudna, czerwono-neonowa speluna gdzieś w Seulu, w tle White Rabbit – Jefferson Airplane i amerykański tropiciel, który po wygranej w bilard, w czysto hollywoodzki sposób rozprawia się z oprychami.

Pierwsza połowa filmu ocieka klimatem Ameryki z przełomu lat 60. i 70. Hueye sunące po niebie, końcówka wojny w Wietnamie jest wymarzonym, niemal wręcz idealnym okresem na polowanie na Konga. Upokorzone Stany Zjednoczone, weterani szukający okazji do odegrania się na wrogu choć ten jeden raz i wciąż trwająca Zimna Wojna, która okazje się siłą napędową do wszelkich irracjonalnych pomysłów jak polowanie na wielkie, pradawne bestie. Moment w historii świata, w którym Wyspa Czaszki z legendy mogła przeistoczyć się w prawdę, ten jeden raz nabrać realnych kształtów i zachwycić, by pod koniec ponownie popaść w zapomnienie.

Wskazać należy, że Kong pomimo klimatu to wciąż stary, odgrzany kotlet, który Hollywood serwuje nam regularnie co kilka lat. Jednak ten kawał mięcha jest nieco inny od pozostałych. Podany w wyszukany sposób, tylko w smaku przypomina swoich poprzedników. Historia (niezmiennie) opowiada o grupie naukowców, którzy wraz z wojskową obstawą wyruszają w podróż na dotąd niezbadaną Wyspę Czaszki. Prawdziwy cel ekspedycji pozostaje ukryty, aż do momentu pierwszego kontaktu z tytułowym Kongiem, wielką małpą, opiekunem wyspy. Dalsza część w głównej mierze skupia się na efektach wizualnych i pozornej walce dobra ze złem. I tutaj dostrzegam kluczową różnicę – obraz ten stanowi bowiem istną ucztę dla oczu. Potwory nie muszą się już dłużej ukrywać pod osłoną nocy, postęp technologiczny wyzwolił je od łatki śmieszności, stały się śmiertelnie poważne, i nie boją się tego pokazywać, a oglądanie ich to czysta przyjemność.

Wracając jednak do fabuły filmu, jej niewątpliwie dużą zaletą jest sposób, w jaki został wykreowany antagonista. Z pozoru jest nim podpułkownik Preston Packard (Samuel L. Jackson), wielokrotnie odznaczony dowódca jednostki wojskowej eskortującej wyprawę. Podejmowane przez niego decyzje, jego zachowanie nie odzwierciedla zła, wręcz przeciwnie, stanowi odzwierciedlenie amerykańskich wartości. W jednej ze scen stwierdza on stanowczo: „tej wojny nie przegramy”. W jego oczach, które należą przecież do dobrego Amerykanina, Kong urasta do miana wroga porównywalnego z Wietkongiem. A przecież nie tak dawno jego ukochany kraj podjął decyzję o wycofaniu oddziałów z Wietnamu, dlatego on, jako przykłady dowódca musi stanąć na wysokości zadania i pomścić swoich poległych podkomendnych, którzy zginęli z łap tego wynaturzonego potwora.

Film, ocierając się o wojnę w Wietnamie, kreując antagonistę w taki sposób zdaje się momentami zahaczać o dużo poważniejsze tematy, a niżeli problem niezbadanej wyspy. Idąc śladami stereotypów Packard odzwierciedla zło kryjące się w samym jądrze jego ojczyzny, w imię zasad której walczy, i dla której jego żołnierze oddali życie. Pragnie ich jedynie pomścić. Jednak przekracza on cienką linię pomiędzy rzeczywistością a szaleństwem wojny w którym się zatraca, coraz bardziej ujawniając swoje wewnętrzne demony.

I chwała mu za to, bowiem od strony aktorskiej tylko Samuel L. Jackson odnajduje się w swojej roli, czyniąc ją nad wyraz intrygującą. Tom Hiddleston, grający wspomnianego tropiciela Jamesa Conrada zachowuje się, jakby jego obecność na planie była przypadkowa. Odbija się od sceny do sceny, starając nie utracić swojej klasy, nie zepsuć idealnej fryzury. Momentami, jakby w chwilowych przebłyskach, udaje mu się dobrze wpasować w wydarzenia, które obserwujemy na ekranie, ale niewiele więcej ponad to. Obawiam się, że częściowo to wina postaci, którą przyszło mu zagrać, a która została kiepsko napisana. Drugiej strony jako aktor mógł więcej wysiłku włożyć w jej wykreowanie.

Natomiast na osobną wzmiankę zasługuje towarzyszącą mu Brie Larson, której obecność w filmie stanowi dla mnie jedną wielką zagadkę. Od strony fabularnej jest całkowicie zbędna. Postać, w którą się wcieliła – fotograf Mason Weaver – nie wnosi do filmu nic. Jej jedynym celem zdaje się pstryknie zdjęć. I możliwe, że właśnie w tym tkwi cały urok. Reżyser zapragnął wpleść w swój obraz kilka stylizowanych fotek, które miałby nawiązywać do wojny w Wietnamie. Nie stanowi ona nawet obiektu westchnień Konga, jak to było w poprzednich filmach, stoi i ładnie wygląda.

Będąc przy postaci pani fotograf, muszę wspomnieć, że jest ona kobietą pozbawioną lęku, wręcz niewzruszoną. Tam gdzie żołnierze (którzy jak podejrzewam doświadczyli piekła w Wietnamie) okazują strach, krzycząc i panikując, zachowując ludzkie odruchy, dzielna reporterka z niemal kamienną twarzą poluje na kolejne dobre ujęcia. Potrafi to nie tylko irytować, ale także negatywnie wpłynąć na próby stworzenia ułudy realizmu.

Otóż zdaje sobie sprawę, że pisanie o realizmie w filmie fantastycznym o wielkiej małpie brzmi komicznie, jednak zarówno potwory, wyspa, jak i nawet poszczególni żołnierze prezentują się naprawdę dobrze – wiarygodnie. Starcia gigantycznych zwierząt ogląda się w napięciu i z zachwytem, a ujęcia Konga na tle zachodzącego słońca i cudownych widoków wyspy zapierają dech w piersi. Twórcy postarali się także o to, a żeby postacie trzecioplanowe nie ograniczały się jedynie do roli mięsa armatniego. Większość z nich opowiada swoje (małe) historie. Bez trudu dostrzeżemy więzi, które ich łączą. Zestawiając te wszystkie elementy razem naprawdę łatwo ulec magii świata przedstawionego, która aż wylewa się z ekranu.

Film na wielu płaszczyznach zaskakuje, Jordan Vogt-Roberts stworzył Konga, którego się przede wszystkim dobrze ogląda. Pomijając głównych bohaterów, nawet John C. Reilly nie jest tak zabawny jak na zwiastunach, choć w tym przypadku to zdecydowanie plus, wszystkie elementy stoją na przyzwoitym poziomie. Momentami film może wydawać się nieco za długi, dwie godziny na malowniczą podróż to jednak długo, lecz ostatecznie uważam, warto wybrać się do kina. Król jest jeden i właśnie powrócił na swój prawowity tron.


Autor: Patryk Wolny

  • Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina