- REKLAMA -

Dzisiaj rano w wieku 67 lat zmarła Kora Jackowska.

Dawne ludy wierzyły, że kiedy odchodzi wyjątkowy człowiek, to na nocnym niebie pojawia się nowa gwiazda. Pewnie dzisiaj, o 5.30 rano, kiedy spaliśmy zmęczeni wpatrywaniem się w czerwony Księżyc, gdzieś na północnym niebie zamigotała gwiazda Kory.

Była gwiazdą. Magnetarem, którego siła przyciągania kruszyła każdy opór. Nie, nie dlatego, że jej twarz zdobiła okładki kolorowych pism. Nie dlatego, że pisała świetne piosenki i mówiła zawsze dokładnie to, co powiedzieć chciała. Miała to w sobie. W mrocznym spojrzeniu znad ciemnych okularów, w czerwonej pomadce na ustach. Patrząc na nią można było powtórzyć po Rogerze Vadimie słowa, jakie reżyser powiedział o Brigitte Bardot: I Bóg stworzył kobietę.

Zanim poznałam Korę jako pisarkę, feministkę, ikonę mody i artystkę, zobaczyłam jej popelinowy płaszcz i odbicie twarzy w tramwajowej szybie. Miałam kilka lat, w polskiej telewizji funkcjonowały dwa kanały nadające głównie programy informacyjne i porady dla rolników oraz hodowców trzody chlewnej. A między pogadanką o uprawie zbóż a programem publicystycznym pojawiła się ona: bez cienia uśmiechu na posągowej twarzy, w długim płaszczu i czarnych okularach. Byłam oszołomiona. Nie rozumiałam, o czym może śpiewać, chociaż echo piosenki długo rozbrzmiewało mi w głowie. Myślałam tylko o niej. Tym, jak poruszała się w tłumie ludzi, jakby nikogo nie było w pobliżu. O jej wielkich smutnych oczach i zaczesanych do tyłu włosach. Nie widziałam takich kobiet. Mamy moich koleżanek nosiły na głowach „trwałe” i miały spódnice do pół łydki, a kiedy je o coś zapytać, to skupiały się na rozmowach o kolejkach po mięso i tym, gdzie kupić nowe buty. Kora wydawała się ponad to. Dla mnie, wówczas kilkuletniej panienki z dobrego domu, była ikoną. Oto kobieta – myślałam za każdym razem, gdy trafiłam w telewizji na teledysk Maanamu.

Nieco później, kiedy miałam już kilkanaście lat, pokochałam jej sposób mówienia o miłości. Miłością było wszystko. Nie oddzielała śniadania od oczu człowieka, z którym je jadła, między rozważania o naturze świata czy pięknie przyrody nieustannie pojawiała się migawka tego, który w tym właśnie momencie sprawiał, że jej serce biło szybciej. Ten synkretyzm wciąż do mnie przemawia. Przy całym moim wrodzonym pragmatyzmie to właśnie Kora pokazała mi, że miłość, zakochanie, fascynacja jest po prostu składową życia. Składową, której nie należy sobie odmawiać.

Nauczyła całe pokolenie Polek, że można łączyć siłę i wrażliwość, mądrość i szaleństwo, wreszcie kobiecość i umiejętność walki o swoje. Była egzotycznym ptakiem w zalewie szarości. Jeśli istnieje dusza, to jej miała w sobie wszystkie barwy wszechświata. A teraz ten wszechświat bogatszy jest o to, co po sobie pozostawiała.