- REKLAMA -

Idzie jesień, a razem z nią deszcze, zimno i niekorzystny biometr. Jesień sprzyja wielu rzeczom, ale skupmy się na jej pozytywnych aspektach, złotych liściach, spacerach i tak dalej. No i na korzyść tegorocznej jesieni przemawiać będzie na pewno minialbum Korteza.

Mini dom to 7 utworów, które w formie krążka ujrzały świat 21 września. Obecnie, zaledwie kilka dni od premiery, jest najlepiej sprzedającą się płytą w salonach Empik, i moszcząc się w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedawanych produktów w ogóle w tejże sieci.

Czy taka sytuacja wymaga, by recenzować tę płytę? Dobra sprzedaż nie wyklucza prawa do posiadania własnego zdania, ale… No co ja mam poradzić, że znowu nad nowym Kortezem się zachwycam?

Czy w tej recenzji opisywać każdy utwór osobno? Czy tak, jak w poprzedniej płycie tu wszystko układa się w jedną historię? Czy jest sens, by autor odpowiadał na pytania, które sam sobie stawia? Bo w kwestii Mini domu sprawa jest prosta. Otóż mamy faceta. Facet ów kiedyś pracował jako ochroniarz czy budowlaniec. Kiedyś uczył się gry na puzonie, pokochał muzykę na równi z tym, jak kocha swoją matkę. Nie przeszedł precastingów do kolejnego śpiewaczego talent show. Dziś grywa po całej Polsce, a bilety na jego koncerty wyprzedają się na pniu.

Mimo tej sławy pozostaje osobą na zabój skromną, szczerą i autentyczną. Jest jednocześnie osobą niesamowicie smutną, co przekłada się na jego twórczość. Bo wypada w tym miejscu zadać te dwa fundamentalne pytania. Czy Kortez gra smutną muzykę? Tak. I co z tego? Cholera, każdy ma takie dni, że musi najzwyczajniej w świecie odreagować i to inaczej niż odreagowuje na co dzień. Jedni, pomimo tego, że są potulni jak baranki idą na lekcję boksu i naparzają z siłą tysiąca słońc w worek. Inni wybierają się w jakieś swoje specjalne miejsce i tam przesiadują do późna. Jeszcze inni słuchają muzyki, często tej smutnej. Ot, cała filozofia.

Więc nowy minialbum Korteza jest smutny. I bardzo dobrze. Czy jest dobry? Ba, jest świetny, a Stare Drzewa będziecie odtwarzać bez przerwy, bo to utwór, który opisać można jedynie słowem piękny i to wcale nie za sprawą filmu Kamerdyner, a za sprawą piosenki samej w sobie.


Autor: Patryk Rudnicki
Zdjęcie: okładka płyty, mat. prod.