Kortez – Mój dom [RECENZJA]

Był sobie chłopak, który pracował na budowie czy jako ochroniarz. Wcześniej, gdzieś po drodze skończył szkołę muzyczną, grał na puzonie w miejscowej orkiestrze dętej. Później trafił na casting w pewnym talent show, w którym nie przepuszczono go do kolejnego etapu, został jednak zauważony przez wytwórnię. Dziś robi znacznie większą karierę niż większość zwycięzców tego typu programów.  Ten chłopak to Kortez i Polska oszalała na punkcie tejże twórczości.

Mój dom to przede wszystkim historia. Historia związku, od pierwszych zauroczeń, po jego rozpad. Druga płyta Korteza trzyma się stylowo Bumerangu, jest jednak też pewną zabawą formą, ponieważ została wyposażona we wspomnianą wcześniej fabułę. Już pierwszy utwór – Pierwsza – wyraźnie rysuje ten charakterystyczny, pełen skrajnych emocji nastrój panujący w muzyce Korteza.

Zacząć warto od tego, że nie zmienił on w żadnym stopniu maniery swojego śpiewu. Nadal jego głos zdaje się być jednocześnie chrapliwy i szorstki, jak również delikatny i pełen wyczucia. Pełen melancholii oraz zimnego wyrachowania. Nadal pozostał jak łyżka miodu, posypana gruboziarnistą solą. Kolejne co warto zauważyć, to warstwa tekstowa. Słuchając kolejnych linijek pogłębiało się we mnie jedno przeczucie – jak to możliwe, że w tak prosty sposób można opisać coś tak trudnego jak relacja między dwojgiem ludzi? Czemu inni tego nie potrafią lub im nie wychodzi? Porównując te wersy do poezji śpiewanej na pewno bym się stanowczo zagalopował, ale są to na pewno teksty naszych czasów, sprawiające, że głowa eksploduje milionem interpretacji i rozmyślań bez łamania się nad tym, co autor chciał przekazać. W tej kwestii Kortezowi należy się śmiało wieniec laurowy, bo prostym przekazem opowiada o tematach ważkich.

Wiadomym jest, że Kortez bardzo ceni sobie więzi rodzinne, oraz że przemyca swoje doświadczenia i uczucia do swoich utworów. Nazwa całego albumu, jak i to, co zostało w nim zaprezentowane wynika właśnie z życia artysty. Jak sam wskazywał, on miał w domu zarówno tatę i mamę. To był jego dom. Jego synek z kolei ma dwa światy, dwa domy. W jednym domu ma tatę. W drugim mamę. Stąd też opowieść, na którą składają się teksty piosenek.

Warstwa instrumentalna to również istne cacuszko, choć nie obyło się bez pewnego ale. Najpierw mocne strony. Mamy zatem idealnie dopasowane syntezatory, których motywy wkopują się głęboko w korę mózgową i nie pozwalają się z nań wyrzucić. Ponadto pojawiają się smyczki, które chociażby w Dobrym momencie pasują idealnie. Przesłuchałem ten album dosłownie na jednym wdechu, nie czując przerw między utworami i chłonąc dźwięki, tekst i emocje jakie wylewały się wprost do mojej jaźni przez słuchawki. Jedyny mankament to praktyczne zarzucenie partii dętych, nie wspominając o puzonie – instrumencie Korteza.

Choć Mój dom jest promowany innymi utworami, to mim zdaniem najlepsze utwory są dwa. Pierwszy zdążył już zrobić furorę w internecie w formie nagrań z koncertów i jest to Nic tu po mnie. Drugi utwór zamyka płytę i jest to Wyjdź ze mną na deszcz i jest idealny jako zamknięcie zarówno albumu, jak i ta piosenka, która będzie za tobą chodzić przez miesiąc. Zresztą, za mną przez najbliższy miesiąc będzie chodził cały ten album.


Autor: Patryk Rudnicki