Krzysztof Kopka: Innego końca świata nie będzie

Koniec świata w Breslau uznawany jest z reguły za kryminał historyczny. Jeśli tak, to przyznajmy – kryminał mało typowy. Eberhard Mock tęgo pije i więcej uwagi poświęca śledzeniu niewiernej żony niż sprawcy „morderstw z kalendarza”. Policja ledwo zbiera odciski na miejscu zbrodni i niechętnie przesłuchuje potencjalnych świadków, gdyż zajęta jest analizą astrologicznej triady „osoba-czas-miejsce”, która ma ją doprowadzić do pojmania przestępcy.

Gdy towarzyszymy Mockowi w jego gorączkowych poszukiwaniach najbliższej knajpy, w której mógłby wyleczyć bolesnego, porannego kaca, nie wysłuchujemy jego detektywistycznych dedukcji, ale oglądamy jego oczami Breslau 1927 roku, opisane z fotograficzną precyzją miasto, którego już nie ma. I właśnie ten drobiazgowy zapis umarłego świata jest podstawową wartością powieści Marka Krajewskiego.

Cóż to za świat?

Świat, w którym pochłania się góry ociekającego tłuszczem jedzenia i to pochłania z ogromnym niesmakiem; świat, w którym podstawowym sposobem międzyludzkiej komunikacji jest wzajemne powarkiwanie na siebie; gdzie wystarczy przypadkowa wymiana spojrzeń na ulicy, aby wywołać wybuch wściekłej agresji; świat, w którym – gdy wsiadasz do dorożki, by jechać do domu – czeka w niej na ciebie chudziutka i przemarznięta „córeczka” woźnicy, gotowa by świadczyć wszelkie usługi. Świat, w którym sierocińce pełnią rolę burdeli dla pedofilów a narkotyki są codzienną strawą we wszystkich warstwach społecznych.

Krótko mówiąc: jest to świat przesycony agresją i świadomością, że wyrok na niego już zapadł i że uratować go może tylko cud. Dlatego też szuka cudu rozpaczliwie i po omacku w mętnych objawieniach księcia von Orloff czy astrologicznych teoriach Völlingera… Zauważmy, że demonicznego hochsztaplera Orloffa łączy z Eberhardem Mockiem wspólna wiara: w to, że ciąża Sophie uratuje świat. W pierwszym wypadku Świat cały, gdyż z łona nierządnicy babilońskiej pocznie się jego Zbawiciel, w drugim chodzi o maleńki światek mieszczańskiej rodziny Mocków i wiarę, że dziecko scementuje ten dziwny, oparty na wyuzdanym seksie związek [tyle, że pikanteria jego zwietrzała, ach, już zwietrzała!…] i powstrzyma jego postępujący rozpad.

Bliżej tu jesteśmy powieści o końcu Republiki Weimarskiej, bliżej Mefista i Punktu zwrotnego Klausa Manna czy Braci Lautensack Liona Feuchtwangera niż ukochanego przez Marka Krajewskiego Raymonda Chandlera.

Co zabija miasto Breslau?

ZŁO.

Tyle właśnie będzie miał po latach do powiedzenia umierający Mock: w grudniu 1927 roku miała miejsce w mieście Breslau emanacja czystego Zła. Potwierdzeniem tego jest przecież śmierć bratanka Mocka, Erwina, który ginie w miejscu i czasie zaplanowanym przez „mordercę z kalendarza”, choć ten znajduje się już w rękach policji. Kto więc zabił? Pewnikiem diabeł… Co więcej, „morderca z kalendarza” wybudza się na chwilę z ataku epilepsji, aby o fakcie, że oto właśnie dokonuje się opodal ostatnie z morderstw, poinformować Mocka i Smolorza. Skąd to wie? Diabeł mu to pewnikiem szepnął…

Czyste Zło jest z natury swej metafizyczne, niezniszczalne, nieusuwalne i my, zwykli ludzie, pogrążeni w świecie materii nie jesteśmy w stanie z nim walczyć.

Tak jak niektórzy cierpią na daltonizm i nie widzą kolorów, tak jak ogarnięty jestem całkowitą głuchotą metafizyczną i nie mogę zrozumieć dlaczego niektórzy poświęcają tyle czasu, aby na przyjętym arbitralnie i bez dowodów założeniu wyjściowym wznosić wyrafinowane gmachy intelektualne, mające wyjaśnić ile jest konkretnie chórów anielskich i z której sfery niebiańskiej, który nam pieje…

Z mojego punktu widzenia wiara w Diabła, Żyda, Walhallę, krew aryjską, Wodza, Mędrców Syjonu czy Madame Blavatsky jest niczym innym jak kapitulacją rozumu. Tak jak pisała Hannah Arendt: potworne zło uczynione przez Adolfa Eichmanna było w swej istocie głęboko banalne i brało się stąd, iż ten inteligentny urzędnik w pewnej chwili postanowił zrezygnować z myślenia.

Gdy wpatrujemy się w ścianę, badając czy zapłonęły już na niej litery złowieszczego Mane, tekel, fares, nie widzimy, co się dzieje na ulicach. Nie dostrzegamy, że coraz więcej na nich mundurów reaktywowanej w 1925 roku NSDAP. To, że w wyborach z 1926 roku naziści zdobyli śladową ilość mandatów do Reichstagu, a w następnych, z roku 1928, niezbyt poprawią swój wynik, może działać uspokajająco. We Wrocławiu, który zimą 1927 roku ściga „mordercę z kalendarza” nikt nie podejrzewa, że ta garstka radykałów z ich komicznym przywódcą za kilka lat obejmie władzę w Niemczech.

Marek Krajewski genialnie oddaje ów klimat mentalny schyłkowych lat dwudziestych. To czas, gdy się szczerzy kły, poniża innych [gdy Mock słyszy od jubilera o wyjeździe jego żony, natychmiast wizualizuje sobie pornograficzny obrazek, na którym jubilerska żonka zdradza mężusia z subiektem sklepowym] i wierzy w każdą bzdurę na resorach. Czas, w którym do władzy zdąża pewnym krokiem Adolf Hitler, a stary Breslau umiera na chroniczny brak myślenia.

Autor | Krzysztof Kopka*

*

KRZYSZTOF KOPKA – współscenarzysta „Końca świata w Breslau”, który 16 maja 2015 roku będzie miał premierę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – z wykształcenia teatrolog, reżyser teatralny – zrealizował blisko czterdzieści spektakli. Jego Koriolan w Centrum Sztuki – Teatrze Dramatycznym w Legnicy uznany został za najlepsze szekspirowskie przedstawienie sezonu 1997/98. Był też laureat Grand Prix w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej [2002] za Balladę o Zakaczawiu, napisaną z Maciejem Kowalewskim i Jackiem Głombem. Obecnie przede wszystkim scenarzysta filmowy i dramaturg. Tłumacz.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDzielnice Wrocławia 32/2015
Następny artykułRadosław Sikora: Zły to Ptak, co własne gniazdo kala
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.