Krzysztof Ostrowski: Jestem dobrej myśli [ROZMOWA]

– Zająłem się swoim biznesem, ale po paru miesiącach pomyślałem: Co ja robię? Chcę grać! Wszystkie problemy zniknęły. Przypomniałem sobie dzieciństwo i chwile, kiedy liczyła się tylko piłka, bez patrzenia na pieniądze i na to, co dzieje się dookoła. Chciałem grać gdziekolwiek – mówił Krzysztof Ostrowski, piłkarz Śląska w rozmowie ze studentami dziennikarstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Zaprowadził nas nie tylko do szatni Wojskowych, ale także Legii i Widzewa. Uwadze nie umknęło jego chwilowe rozstanie z futbolem i plany po zakończeniu kariery sportowej.

 *

W Śląsku grałeś, kiedy klub znajdował się jeszcze w III lidze. Jak zaczęła się Twoja przygoda z klubem?

– Marzeniem każdego chłopca była gra dla WKS-u. W wieku 9 lat męczyłem rodziców, żeby zapisali mnie do klubu. Początkowo nie chcieli, ponieważ obawiali się, że nauka zejdzie na drugi plan. Pamiętam jak dziś pierwsze zajęcia podczas naboru do grupy młodzieżowej Śląska. Ówczesny trener był ze mnie zadowolony, ale okazało się, że jestem za młody, bo pierwsza grupa zaczynała się wtedy od 10 roku życia. Kazali mi przyjść za rok. Jako, że z natury jestem niecierpliwy, nie chciałem czekać i tak trafiłem do Pandy Wrocław. Śląsk zgłaszał się po mnie co roku, ale urażona duma nie pozwalała mi do nich dołączyć. Na mecze przeciwko WKS-owi wyjątkowo się mobilizowałem i aż do czasów seniorskich, w każdym strzelałem bramkę. Prawda jest taka, że mimo wszystko, zawsze chciałem grać na Oporowskiej.

W Pandzie występowałem przez 5 lat, a gdy klub się rozpadł, miałem roczną przerwę od piłki. Los jednak sprawił, że wróciłem do gry. Kolejnym przystankiem był Parasol Wrocław, a jeden z trenerów wypatrzył mnie na szkolnych zawodach w biegu sztafetowym. W Parasolu spędziłem trzy lata, grałem razem z Krzyśkiem Ulatowskim i Jackiem Imianowskim. Następnie przeszedłem do Inkopaksu Wrocław, skąd trafiłem na wypożyczenie do Śląska. Wtedy spadliśmy do III ligi, a ja zostałem sprzedany z Inkopaksu do Zagłębia Lubin. Nie chciałem tego transferu, ale postawili mi ultimatum: albo odchodzę albo siedzę na ławce. To było nie fair. Po roku w Lubinie wróciłem do trzecioligowego Śląska, chociaż miałem propozycje z I ligi. Przypomnę, że nie istniała wówczas Ekstraklasa. Chciałem pomóc odbudować to, co klub stracił. W ciągu trzech lat awansowaliśmy do I ligi. I wtedy, jak myślę, miałem najlepszą rundę w swoim życiu. W tym samym sezonie w styczniu przeszedłem do Legii.

I tam zdecydowanie trudniej było ci się przebić.

– To prawda. Trafiłem na niezwykle dziwnego człowieka, jakim był ówczesny trener Legii [Jan Urban – przyp. red.]. Czepiał się dosłownie wszystkiego i wszystkich. W szatni cieszyli się z mojego transferu, bo wiedzieli, że teraz zacznie męczyć mnie. I rzeczywiście tak było, dlatego że dużo ode mnie wymagał. Na treningach biegaliśmy na drewnianych nogach. Jeden z kolegów zapytał mnie kiedyś, którą połowę meczu wolę grać koło ławki rezerwowych. Bez wątpienia pierwszą. Jeśli w drugiej szło kiepsko, to był koniec. Tego w telewizji nie widać, ale trener był strasznym cholerykiem, do bólu perfekcyjnym. Natomiast poza boiskiem, to super facet, z którym zawsze można było porozmawiać i pożartować.

Wiele osób nie wie, że do Legii przeszedłem z kontuzją. Leczyłem ją około miesiąca, więc miałem czas na aklimatyzację. Dochodziłem do siebie, grałem w końcówkach meczów. W lecie wywalczyłem sobie pierwszą jedenastkę, graliśmy w lidze, w Pucharze UEFA. Trener był ze mnie zadowolony i nie wiedzieć czemu, nagle odsunął mnie od składu. Najpierw usiadłem na ławce, potem w ogóle nie pojechałem na mecz, a w końcu zostałem przesunięty do Młodej Ekstraklasy. Nie wiedziałem o co chodzi, ale przez to, że trener mocno na mnie „siedział”, ja też nie pozostawałem mu dłużny. To mógł być powód. Męczyłem się dwa, trzy tygodnie i postanowiłem odejść. Chciałem zostać wypożyczony. Gdy powiedziałem o tym trenerowi, zdziwił się, bo spodziewał się, że powalczę. To nie miało sensu, bo byłem kasowany już na wejściu. W ostatnim dniu okienka transferowego pojawiła się jedyna, ale za to konkretna oferta z Widzewa Łódź. Nie było opcji wypożyczenia, chcieli mnie na własność i miałem cztery godziny na podjęcie decyzji. Mocno namieszali menadżerowie, wiedzieli że w Widzewie można zarobić. Dziś sądzę, że spokojnie trafiłbym wtedy do Ekstraklasy.

Jak wspominasz pobyt w Łodzi?

– Były lepsze i gorsze momenty, ale zdecydowanie więcej było tych drugich. Mimo to poznałem tam wielu fantastycznych ludzi, z którymi do dzisiaj mam kontakt. Mieliśmy naprawdę niezłą drużynę, która lekko wzmocniona mogłaby walczyć o czołowe miejsca w lidze. Szkoda, że to wszystko zostało zaprzepaszczone.

Ma to związek z powiedzeniem, że nikt nie da ci tyle, ile obieca Widzew?

– Coś w tym jest i sądzę, że wielu zawodników zgodzi się z tym stwierdzeniem. W pewnej mierze sytuacja, która miała miejsce pod koniec mojego pobytu w Widzewie, spowodowała moje wypalenie w piłce. W rezultacie wycofałem się z gry zawodowej.

Możesz zdradzić więcej?

– Menadżer, z którym współpracowałem poniekąd ułatwił mi rezygnację z gry w piłkę. Powiedział, że znajdzie mi nowy klub, a potem zwodził mnie i nie odbierał telefonów. Przyszła połowa sierpnia, a on oznajmił, że niczego nie znalazł i że mogłem sam szukać pracodawcy. Tak się skończyła nasza współpraca. Zająłem się swoim biznesem, ale po paru miesiącach pomyślałem: Co ja robię? Chcę grać! Wszystkie problemy zniknęły. Przypomniałem sobie dzieciństwo i chwile, kiedy liczyła się tylko piłka, bez patrzenia na pieniądze i na to, co dzieje się dookoła. Chciałem grać gdziekolwiek. 

Miałeś przerwę od futbolu, ale nie zrezygnowałeś w tym czasie ze sportu.

– Sport uprawiałem cały czas. Do końca życia trzeba to robić ze względu na zdrowie, zresztą inaczej nie potrafię. Biegałem, grałem w squasha, w tenisa. Występowałem też w szóstkach, czyli amatorskich ligach, których mecze rozgrywane są między innymi na orlikach. Brakowało jednak adrenaliny związanej z zawodową piłką. Pojechałem na testy do Warty Poznań. Spodobałem się, aczkolwiek na pewno nie byłem fizycznie przygotowany, żeby z miejsca wskoczyć do składu. Powiedzieli, żebym wrócił w styczniu. Wtedy pojawiła się możliwość trenowania w Śląsku Wrocław. Paweł Barylski umówił mnie na rozmowę z trenerem Stanislavem Levym. Ten powiedział, że przez dwa tygodnie mam trenować z drużyną i jeśli będzie okej, pojadę na obóz, a potem podpiszemy kontrakt. Tyle mi było trzeba. Miałem przekonanie, że jeszcze dużo mogę zaoferować. 

I pierwsza runda rzeczywiście była bardzo dobra.

– Tak, chociaż zostałem przesunięty na prawą obronę, grało mi się dobrze. Ale po pół roku wróciły stare problemy. Znowu zapomniałem, co jest najważniejsze. Tak się dzieje, gdy to co kochasz, staje się twoją pracą, a w rezultacie chlebem powszednim. Do tego dochodzą nie zawsze dobre relacje z ludźmi. Dlatego druga runda była trochę gorsza, co nie zmienia faktu, że i tak byłem z siebie zadowolony.

Po raz kolejny przeszkodą okazały się stosunki z trenerem?

– Wydaje mi się, że Levy nie radził sobie z presją stanowiska, które zajmował. To specyficzny trener. Po spotkaniu z Sewillą, jedna z najlepszych drużyn świata, gdzie zaprezentowaliśmy się z bardzo dobrej strony, był na nas zły. Zamiast wyciągnąć pozytywy i na tym meczu budować naszą pewność siebie, on nas wdeptał. O rewanżu myśleliśmy w kategorii meczu „do rozegrania”, choć w głębi chcieliśmy sprawić niespodziankę. Każdy chciał dawać z siebie jak najwięcej, ale jeśli trener ci nie pomaga, jest ciężko. Odszedł i wszyscy w szatni odetchnęli. 

I wtedy przyszedł Tadeusz Pawłowski, który do Śląska przymierzany był wielokrotnie.

– Nikt trenera Pawłowskiego wcześniej nie znał i nie wiedział czego można po nim oczekiwać, ale jak się okazało, ma bardzo duży potencjał. 30 lat spędził na zachodzie i to bardzo mu pomogło. Przede wszystkim mam na myśli podejście psychologiczne. Z każdego meczu wyciągamy 90% tego, co dobre i 10% negatywów. Nawet, kiedy omawiamy błędy, on ubiera słowa w taki sposób, żebyśmy poczuli, że możemy się czegoś nauczyć i być lepsi. To nas napędza, co widać po wynikach.

Jak wyglądają treningi?

– I fizycznie i taktycznie jest tak, jak być powinno. Wszystko zostało zindywidualizowane. Jest takie badanie FMS, podczas którego wykonuje się kilka ćwiczeń i na podstawie wyników można stwierdzić, jakie mamy deficyty. Dzięki temu każdy trenuje adekwatnie do tego, jak jest przygotowany i stąd biorą się postępy. Młodzi zawodnicy nie zdają sobie sprawy, gdzie trafili i jak duże mają teraz możliwości. Ciągle im to powtarzam, ponieważ ja trenuję w ten sposób pierwszy raz w życiu. Pamiętam treningi juniorskie, gdy biegaliśmy po górach albo trener po prostu rzucał nam piłkę. Wielu zawodników łapało kontuzje albo nie dawali rady fizycznie i musieli rezygnować. Takie były realia, teraz wszystko się poprawiło.

Organizacyjnie też jest dobrze?

– Jest zdecydowanie lepiej. Mamy wszystko, czego potrzebujemy. Ale i tak uważam, że taki klub jak Śląsk Wrocław, niedawny mistrz Polski i drugi obecnie zespół w Ekstraklasie, powinien stać pod tym względem na wyższym poziomie.

Jak Ci się podoba rola jokera w zespole Śląska?

– Jest trochę łatwiej, mam więcej miejsca, bo zawodnicy w 60-70 minucie są już zmęczeni. Z drugiej strony nie da się wejść w mecz momentalnie. Potrzeba kilkunastu minut na boisku, jednego czy dwóch dobrych zagrań, które dadzą ci pewność. Wchodząc z ławki nie ma na to aż tyle czasu. Nie narzekam, ale sądzę, że zasługuję, aby zagrać od pierwszych minut w kilku meczach z rzędu. Silna jedenastka nie wystarczy, trzeba mieć mocną ławkę, żeby piąć się w górę. Dlatego cieszę się, że pomogłem, że strzeliłem dwie bramki i asystowałem. Rola jokera na następną rundę? Jak najbardziej, ale chciałbym też grać od początku.

Jak oceniasz trenerów, z którymi współpracowałeś w całej karierze?

– Tadeusz Pawłowski i Ryszard Tarasiewicz dali mi najwięcej. Zarówno jeden, jak i drugi, są mentorami, psychologami. Trener Tarasiewicz dołączył do nas, gdy byliśmy w III lidze. Na odprawach przechodziły nas dreszcze. Nigdy nie spotkałem człowieka z taką charyzmą. Był taki moment, że rzucilibyśmy się za nim w ogień. Może miał mniej typowego trenerskiego warsztatu, ale zawsze się szkolił. Dobrze, gdyby trenerów nie zwalniano tak szybko. Kiedy pojawia się nowy szkoleniowiec, wszyscy mają białą kartkę i chcą się pokazać. Ten bodziec sprawia, że morale rosną, a później trzeba to pociągnąć. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, też nie wystarczą dwa tygodnie. Nowy trener dostaje materiał, który może być przeciążony albo niedotrenowany. Nie wiadomo, co zawodnikom zaaplikować, pracuje się jakby po omacku. Dlatego tak istotny jest czas, aby móc poznać zespół. Dopiero wtedy przychodzą efekty. I Tarasiewicz i Pawłowski te efekty mają. Ich dwóch mogę uznać za najlepszych trenerów w karierze.

Jeden z francuskich piłkarzy powiedział, że piłka nożna to tylko praca, która nie sprawia mu przyjemności i gra wyłącznie dla pieniędzy.

– Jest w tym sporo prawdy. Dochodzi presja, wymagania, non stop trzeba walczyć i się sprawdzać. Nic dziwnego, że zmienia się podejście do sportu. Nie powiem, że nie lubię tego robić, ale bywają trudne dni. Kiedy miałem przerwę i uprawiałem sport tylko amatorsko, było zdecydowanie łatwiej, bez psychicznego obciążenia. Nikt nie krzyczał, że nie podałem albo nie wróciłem, można było cieszyć się grą. Ale od małego uczymy się tej walki i gdy tego nie ma, zaczyna brakować adrenaliny. Dlatego wielu chłopaków szuka jej gdzie indziej.

Potrzebne jest wsparcie psychologiczne?

– Na ogół w społeczeństwie panuje przekonanie, że jeśli ktoś potrzebuje psychologa to znaczy, że jest z nim coś nie tak. Zawodnicy często nie zdają sobie sprawy, że to kolejny element treningu, taki jak technika czy szybkość. Są w Śląsku młodzi zawodnicy, którzy potrzebują takiej pomocy. Jeden już został skasowany, bo nie był w stanie sobie poradzić. Dobrym przykładem może być Tomasz Hajto. Wiedział, że nie jest wybitnym graczem, ale sam sobie powtarzał, że jest inaczej i w ten sposób się napędzał. On umiał to robić, ale nie każdy ma takie zasoby. Aspekt psychologiczny jest pomijany, a odgrywa szczególną rolę. Przede wszystkim, gdy zawodnik przychodzi do nowego klubu, często z innego miasta albo kraju, jest zupełnie sam, a już od początku spoczywa na nim odpowiedzialność za wyniki. Dlatego w klubie powinien być psycholog. Każdy ma inne potrzeby. Ja jestem człowiekiem, który poza piłką lubi mieć inne zajęcia. Byłem w Widzewie, Legii i Zagłębiu i brakowało mi rozmowy z ludźmi, którzy nie są związani z futbolem. Miałem tylko kumpli z drużyny i jeśli gdzieś wychodziliśmy, to tematem wciąż była piłka. Męczyłem się. Wielokrotnie się zdarza, że ktoś zmienia klub i nagle jakby zapomina, jak się gra. To nieprawda. Po prostu czegoś brakuje. Thierry Henry przeszedł do Barcelony i na początku nic mu nie wychodziło. Jak się okazało, tęsknił za rodziną, a gdy bliscy przyjechali, wszystko wróciło do normy.

Skąd wziął się pomysł, żeby założyć klinikę leczenia uzależnień?

– Zawsze wiedziałem, że muszę wcześniej stworzyć coś, co sprawi, że po zakończeniu kariery będę miał się czym zająć, co pozwoli mi się utrzymać i być spokojnym o przyszłość. Najpierw razem z kolegą otworzyliśmy restaurację. Gastronomia okazała się trudniejsza, niż myślałem i nigdy więcej się tego nie podejmę. Ale dzięki temu zdobyliśmy duże doświadczenie na polu biznesowym. Klinika na początku też była tylko biznesem. Kolega, który od wielu lat jest terapeutą, miał przekonanie, że to jest coś fantastycznego. Moje spojrzenie zmieniło się, kiedy zacząłem poznawać tych ludzi, gdy zobaczyłem, jak walczą i jacy są wdzięczni, kiedy wychodzą z uzależnienia. Poczułem radość i dumę z tego, że stworzyłem miejsce, w którym ludzie wychodzą na prostą.

Dlaczego nazwa „Mandala”?

– Mandale służyły do leczenia. Codzienne rysowanie mandali i dobór kolorów odzwierciedlają nasze wnętrze. Gdy szukaliśmy nazwy dla kliniki wpadliśmy właśnie na to. Jest związane z tematem i brzmi, jak dla mnie, całkiem przyjemnie.

Czy drugie miejsce Śląska i niewielka strata do Legii jest dla was zaskoczeniem?

– Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Trener mówił, żeby nie myśleć o tym, ile mamy punktów i jakie miejsce zajmujemy. Kazał koncentrować się na najbliższym meczu, przygotowywać się do niego, grać i mieć z tego przyjemność. To jest odpowiednie podejście. Patrzymy zadaniowo i krok po kroku realizujemy plan, a to buduje całość. Do ostatniego meczu rundy nawet nie wiedziałem, ile dokładnie mamy punktów. Te informacje mogą tylko przeszkodzić, bo świadomość bycia wysoko wywołuje presję, aby już tam pozostać. Jesteśmy trochę zaskoczeni drugą pozycją, ale czujemy, że spokojnie możemy ją utrzymać. Tak samo jak możemy zająć miejsce lidera albo spaść niżej, to jest piłka.

A cele i przewidywania na kolejną rundę?

– Cele są takie, żeby utrzymać ósemkę. Myślę, że puchary są w naszym zasięgu. Niczego nie obiecam poza tym, że będziemy dawać z siebie wszystko. Jesteśmy mądrzejsi i wiemy, co musimy poprawić. Wiadomo, że nie wszystko zawsze wychodzi, ale jestem dobrej myśli.

Gdzie widzisz siebie po zakończeniu kariery, w wieku 40 lat?

– Czterdzieste urodziny to dla mnie ważna data. Dzień 25 maja, kiedy miałem 18 lat, był moim pierwszym bez marihuany po dwóch latach uzależnienia. Obudziłem się rano i pomyślałem, że muszę skombinować pięć złotych na lufę. Ale w zasadzie nie miałem ochoty palić, dlatego przyrzekłem sobie, że nie zapalę do 40 roku życia. Mam silny charakter, a po drugie wiedziałem, że jeśli złamię tę obietnicę, nigdy nie będę grać w piłkę. Miałem świadomość, że marihuana mnie niszczy. Paliłem, żeby zmienić stan świadomości, uciec od prawdziwego życia. Dziś wiem, dlaczego uciekałem. Dlatego 40 urodziny są dla mnie takie… 

… wyczekiwane?

– Nie tyle wyczekiwane, ale mają szczególny oddźwięk. Czterdziestkę kojarzę ze wszystkim, co przeżyłem, z tym, że udało mi się wygrać. A co będę wtedy robił? Na razie chcę zagrać kolejną rundę i przedłużyć kontrakt o rok. Piłka jest fantastyczna, ale w pewnych kwestiach mnie blokuje. Od pewnego czasu wybieram się na studia, na psychologię, ale nie da się tego pogodzić z zawodowym uprawianiem sportu. Indywidualny tok nauczania też jest ograniczony czasowo. Mam treningi dwa razy dziennie, czasami trener dzwoni i zamiast o 10 każe przyjść na 15. Albo nagle oznajmia, że jedziemy gdzieś na 7 dni. To praca 24 godziny na dobę. Do tego prowadzę swój biznes, wiec nie ma sensu się szarpać i nakładać sobie za dużo na głowę. Studia i klinika to plan na przyszłość.

Nie będziesz tęsknił za piłką?

– Na ten moment wiem, że będę potrzebował przerwy od piłki. Trener widzi mnie w sztabie, ale nie potrafię powiedzieć, czy chciałbym się angażować w piłkę seniorską. Moi koledzy, którzy skończyli grać, trenują młodych zawodników, jednak do tego też potrzebna jest wiedza. Jeżeli się na to zdecyduję, będę musiał w całości się poświęcić. Najpierw chcę odpocząć od piłki i nabrać dystansu.

To znaczy, że jesteś zmęczony futbolem?

– Gdybym miał całe życie grać w piłkę profesjonalnie, raczej bym nie chciał. Od małego wiedziałem, że zostanę piłkarzem i w ten sposób będę zarabiał na życie. Bez względu na to, czy miałem okres lepszy czy gorszy, nigdy w to nie zwątpiłem. Gdybym w wieku lat 18 miał w głowie to, co teraz, moja kariera może potoczyłaby się inaczej. Zawsze myślałem, że będę grać wyżej. Chciałbym osiągnąć więcej, ale jednocześnie niczego w swoim życiu bym nie zmienił. Podoba mi się to, jakim jestem teraz człowiekiem i cieszę się z tego, jakich ludzi poznałem. Jest super.

Notowała | Iwona Kupiec

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNie przegap #2
Następny artykułDzielnice Wrocławia 2/2015
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.