Wyspałam się jak mops. „La La Land” niczym czarodziej za machnięciem magiczną różdżką zabrał mnie… w krainę snu. Nominowany do prestiżowej nagrody Akademii Filmowej w czternastu kategoriach okazał się świetnym usypiaczem – pisze Sabina Miskiewicz. 

Muzyka faluje, kołysząc to głośniej to ciszej, wprowadzając w stan, w którym sen spływa natychmiastowo. Reżyser, skądinąd dobrego pod wieloma względami „Whiplasha”, zapowiadał, że będzie bawił się konwencją musicalu i faktycznie to zrobił. Zabawił się, lecz niewiele z tej zabawy wyszło. Przynajmniej dla mnie. Cały ten hoolywoodzki blichtr, cukier i banał, to zbyt wiele, jak na jeden film. Po fabule nie spodziewałam się nie wiadomo czego.  To, co zobaczyłam widziałam już wiele razy w znacznie lepszych wersjach. Jest banalnie. Dziewczyna i chłopak podążając za marzeniami spotykają się, zakochują. Niestety wciąż są osobni w swoich dążeniach. Przegrywają miłość, ale osiągają cel. Ona zostaje sławną aktorką, on właścicielem baru z muzyką jazzową, którą chce uratować przed zapomnieniem. Oczywiście, jak chyba wszystkim podobała mi się pierwsza scena, jak nietrudno zauważyć nakręcona na jednym ujęciu (za co szacun dla operatora), za to od samego początku brakuje w tym filmie emocji. Nie wiem, co stało się po kilku jeszcze sekwencjach, bo zasnęłam. Poważnie. Fabuła rozwijała się dość kulawo i w żółwim tempie. Kiedy się obudziłam trafiłam na ckliwą scenę w planetarium. Nie będę wymieniać starego kina, z którego czerpał Damian Chazelle, bo nie o to tu chodzi. Chodzi o fakt, że „La La Land”, to nie jest powrót do kina sprzed lat, do gatunku, jakim był stary musical. Ani Ryan Gosling ani Emma Stone w tym akurat obrazie nie dorastają do pięt odtwórcom pierwowzorów: Jamesowi Deanowi czy Debee Reynolds. Postaci w „La La Land są papierowe, płaskie, nie niosą za sobą ciężkości życiowych decyzji, które przyszło im podjąć. Nawet, gdy scenariusz uwzględnił sceny kłótni, uniesień romantycznych czy smutku, to reżyser nie wykorzystał potencjału dobrych przecież aktorów. Emocjonalnie i wokalnie wypadają słabo, aczkolwiek Stone znacznie lepiej od Goslinga. Nie można odmówić jej talentu. Jednak sposób w jaki sepleni, dla mnie spaczonej pod względem dykcji, jest nie do przyjęcia. Poza tym wszystkie sceny grane są w letniej temperaturze. Nie poczułam żadnego emocjonalnego związku z bohaterami. A przecież, gdyby to było wyjątkowe kino, choć odrobinę powinnam ich polubić… albo chociaż znielubić. Niestety, byli mi zupełnie obojętni. Do końca czułam, jakbym jadła budyń, który jest słodki, ale nie za słodki, jest smaczny ale wystarczająco mdły, by zjeść go o wiele mniej niż się planowało. Jazzowe kawałki są znakomite, to muszę przyznać. Gdyby nie muzyka, oczywiście bez wokalu, ten film byłby w moim odczuci totalną porażką.

Smutne to, że nie będę kibicować, jak rok rocznie kibicowałam wyjątkowym produkcjom. „La La Land” nie jest wyjątkowy. Nazwałam go, tak dla siebie „Lu Li Laj”, ze względu na fakt, iż w bezsenną noc sprawdzi się, jak dobra tabletka na sen.

Autor | Sabina Misakiewicz

Film obejrzałam dzięki uprzejmości Multikina.